czyli między słowami a pikselami

Miesiąc: październik 2025 (Page 2 of 3)

Viktor E. Frankl ,,Człowiek w poszukiwaniu sensu”

,,Człowiek nie podlega całkowicie zewnętrznemu warunkowaniu i zewnętrznym wpływom, lecz sam świadomie decyduje, czy ulec danym okolicznościom, czy im się przeciwstawić. Innymi słowy, ma nieograniczoną wolność samookreślania się. Nie tylko istnieje, ale nieustannie kształtuje swoją egzystencję, determinując to, kim w danej chwili jest i kim będzie w następnym momencie”.

Viktor E. Frankl

,,Ten, kto wie, dlaczego żyje, nie troszczy się o to, jak żyje”.

F. Nietzsche

Książka Viktora E. Frankla ,,Człowiek w poszukiwaniu sensu” to jego osobisty zapis przeżyć więźnia obozów koncentracyjnych, ujęty z perspektywy neurobiologa, psychiatry, człowieka. Frankl, twórca trzeciej wiedeńskiej szkoły psychoterapii (zwanej: logoterapią), profesjonalnie i analitycznie podchodzi do ludzkich reakcji na sytuacje skrajne. Z lekarską uważnością przeprowadza czytelnika przez etapy, które przechodzili więźniowie tacy jak on. Nie romantyzuje, nie popada w tani sentymentalizm, nie próbuje grać na emocjach.

Frankl nie ocenia, nie rozlicza, nie zgadza się na odpowiedzialność zbiorową czy szybki osąd osób przebywających w obozach. Swoje stanowisko wielokrotnie podpiera konkretnymi dowodami człowieczeństwa bądź jego zaprzeczeniem ze strony różnych osób, niezależnie od przynależności do określonej rasy czy grupy społecznej. Jednostkę traktuje w sposób indywidualny, nie generalizuje, skupia się na mechanizmach, które dzieją się na poziomie ludzkiej psychiki oraz jakie ma to przełożenie na organizm człowieka, na jego siłę, poczucie godność i wolę istnienia.

Ten pozornie surowy w warstwie emocjonalnej dziennik, oddziałuje znacząco na wyobraźnię, a trudne obrazy stają przed oczami aż nazbyt wyraźnie. Z chirurgiczną precyzją trafia dokładnie tam, gdzie ma trafić. Autor przekonuje, że kluczową rolę w życiu człowieka odgrywa znalezienie sensu, który pomaga przetrwać w sytuacjach skrajnych, w momentach niewyobrażalnego cierpienia czy w chwilach egzystencjalnego zwątpienia.

Lektura wywołała we mnie lawinę pytań. Jedno z najważniejszych jest o granicę cierpienia, jaką można wytrzymać. O to, co determinuje ludzką wytrzymałość, gdy już nawet znajdziemy jakiś sens?

Pierwsze wydanie pochodzi z roku 1946. Książka, którą przeczytałam została wydana w 2019 r. i zawiera dwie przedmowy, część pierwszą zatytułowaną ,,Moje przeżycia w obozie koncentracyjnym”, część drugą ,,Podstawy logoterapii” oraz Postscriptum 1984 ,,Obrona tragicznego optymizmu”.

,,Człowiek…” to pozycja bardzo dobrze napisana, chociaż nie byłam w stanie pochłonąć jej na raz. Ze względu na tematykę, musiałam ją dawkować. W trakcie lektury zaznaczyłam wiele fragmentów i przemyśleń. To ważna książka, która niesie nadzieję, jednocześnie zwracając uwagę na zagrożenia dla człowieka, takie jak egzystencjalna pustka. Do przeczytania dla każdego, kto chociaż raz wątpił w sens swojego istnienia.

,,Ludzie wrażliwi, przywykli prowadzić bogate życie intelektualne, mogli w dwójnasób odczuwać fizyczny ból (byli bowiem często słabsi i delikatniejsi), lecz ich wewnętrzne ,,ja” ucierpiało w znacznie mniejszym stopniu. Potrafili bowiem uciec od otaczającej ich potwornej rzeczywistości w bogactwo wewnętrznych wartości i duchową wolność”. (s.67)

,,Doświadczenia życia obozowego wyraźnie pokazują, że człowiek ma wolność wyboru tego, jak postępuje. Istnieje wystarczająco wiele przykładów, często niezwykle heroicznych, będących dowodem na to, iż apatię można było przezwyciężyć, a rozdrażnienie opanować. Człowiek może zachować resztki wewnętrznej wolności, niezależności myśli, nawet w warunkach tak koszmarnego psychicznego i fizycznego stresu”. (s.108-9)

,,Nagle poraziła mnie pewna myśl: po raz pierwszy w życiu objawiła mi się prawda po tylekroć wplatana w pieśni przez poetów i ogłaszana najwyższą mądrością przez filozofów, a mianowicie, że miłość jest najważniejszym i najszlachetniejszym celem, do jakiego może dążyć człowiek. Pojąłem wówczas sens największej tajemnicy, której rąbka uchylają przed nami dzieła największych poetów, myślicieli i duchownych: droga do zbawienia człowieka wiedzie poprzez miłość i sama jest miłością”. (s.69)

Fragmenty pochodzą z książki wydanej przez Czarną Owcę

Przełożyła Aleksandra Wolnicka

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 24.05.2025 na Facebooku.

J.D. Salinger ,,Buszujący w zbożu”, Fiodor Dostojewski ,,Zbrodnia i kara” i zbrodnia na UW

,,Byle jedna książka w domu to tak jak mysz, przyprowadzi za sobą i drugą, i trzecią, już ci nie dadzą spokoju”.

J. I. Kraszewski

Jedna książka, potem druga, dalej trzecia, i następna – oczywiście, jestem na tak.

Jedna książka, a teraz na chwilę druga, to znów pierwsza i już trzecia… Dla mnie zdecydowanie nie, ale przecież historia nie jest nauczycielką życia, a dlaczego, to już najlepiej napisał Kundera.

Czy nie przekonałam się już nie raz, że scenariusz przeskakiwania z książki na książkę w moim przypadku nie działa? Czy nie spodziewałam się, że to nie zagra? Czy sama siebie nie ostrzegałam? Serio? Znowu? Zazwyczaj trzymam się w ryzach, ale ostatnio uległam złudzeniu, że przy małym skoku w bok (z książki na książkę), zapanuję nad sytuacją. Nic bardziej mylnego. Wracam z podkulonym ogonem na właściwy kurs, do porządku i metody, jak by to powiedział Herkules Poirot. Bałagan czasem się wydarza. Ten stan może zabrać nam jakiś czas, ale w końcu należy wziąć się za sprzątanie. Nadeszła właściwa pora.

Akt pierwszy. A było to tak. Jeszcze przed skończeniem ,,Zanim wystygnie kawa”, dopadłam ,,Zbrodnię i karę”. Przeskok gatunkowy nie wymaga komentarza. Uważam, że Kawaguchi niesłusznie bardzo na tym stracił. (,,Kawaguchi stracił”, niezła megalomania. Oczywiście, że to ja straciłam na odbiorze Kawaguchiego, ale wstyd mi się do tego przyznać). Książka skończyła się dla mnie wraz z przeczytaniem ostatniej strony i nie miała szansy zostać ani chwili dłużej. Niestety. Jestem winna autorowi większą koncentrację nad kolejnymi tytułami, które zamierzam przeczytać z pełną uwagą. Na marginesie dwie książki Fossego, na które tak się cieszyłam, czekają, aż będę na nie gotowa. Ze spokojem i cierpliwością, dam sobie czas. Porządek i metoda.

Akt drugi. Ponieważ na ostatnim spotkaniu naszej nieformalnej grupy czytelniczej, padł tytuł kolejnej pozycji do przeczytania, nie kończąc Dostojewskiego, w tak zwanym międzyczasie, przeszłam do Salingera. Sięgnięcie po historię zadziornego, początkowo irytującego, ale z każdą stroną zyskującego coraz więcej mojej sympatii inteligentnego i dowcipnego bohatera powieści ,,Buszujący w zbożu”, miało być remedium na wybitną, ale przytłaczającą ciężarem trudów i zmartwień bohaterów ,,Zbrodnię i karę”. Rozważania sięgające w głąb psychiki człowieka, pytania o granicę dobra i zła. Okoliczności uprawniające jednostkę do popełnienia zbrodni w imię jakiejś idei czy przekonania, że może postawić się ponad prawem. Pogarda, nienawiść i uznanie, że życie innej osoby jest zbędne, parszywe, nikomu do niczego niepotrzebne. Sprowadzenie człowieka do kategorii wszy, którą trzeba wytępić, roztrzaskując jej czaszkę siekierą. Po co? Po to, żeby udowodnić sobie swoją wyjątkowość i siłę, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że jest się do tego zdolnym. Podczas bezsennych nocy, wszystko zaplanować, a nawet wytłumaczyć się przed sobą i usprawiedliwić. Wątpiąc, zdecydować się na uderzenie. Nie wykorzystać łupu, nie zmienić swojej sytuacji materialnej, pozbawiając jakiegokolwiek sensu targnięcie się na czyjeś życie. Jednoczenie nie osiągając zamierzonego celu w staniu się nadczłowiekiem. Sens odnajdując w karze, która musi nadejść, aby podjąć próbę zdjęcia z siebie niewyobrażalnego ciężaru i odkupienia winy. Salinger chwilowo w poczekalni. Cała uwaga na Dostojewskiego.

Akt trzeci. Czytam o zbrodni na terenie Uniwersytetu Warszawskiego i nie mogę przestać o tym myśleć. Czuję się dziwnie kontynuując ,,Zbrodnię i karę”. Wiem, że przypadek, ale cholerny chichot losu. Student prawa, siekiera jako narzędzie, którym brutalnie zabito kobietę. Oczekiwanie na wyrok i karę. Medialny szum, szok i niedowierzanie. Z literackiej fikcji roku 1865, w jakiś totalnie nadrzeczywisty sposób następuje przeniesienie do zdarzeń, które dzieją się tu i teraz. Wspólne mianowniki mogą kończyć się tylko na powyższym. Portrety psychologiczne obu morderców mogą być kompletnie inne. Mało rozumiem, nie potrafię pojąć co się stało i dlaczego. Odkładam Dostojewskiego. Tak trudno wrócić do fikcji, gdy rzeczywistość ją przerasta.

Akt czwarty. Nie oglądałam żadnych zdjęć ani filmów ze zbrodni, która się niedawno wydarzyła. Nie wątpię, że w wielu przypadkach zwycięży nieposkromiona ciekawość, której we mnie nie ma. Nie oceniam. Natomiast kompletnie nie wyobrażam sobie, kim trzeba być, żeby takie rzeczy rejestrować i upubliczniać. Nikt nie zadzwonił na policję. Gdzie ja żyję? Co stało się z ludźmi? Myślę o tym i chce mi się wymiotować. Chcę tu pisać o książkach i na tym się koncentrować. Od komentowania otaczającej rzeczywistości są inni, którzy zrobią to lepiej. Mogłabym napisać o ,,Zbrodni…”, tłamsząc udrękę i udając, że nie dostrzegam żadnej analogii i że nie ma sprawy. Tylko że zbrodnia nie jest tu jedynym problemem. Okropne jest to, co stało się z niektórymi ludźmi? Tego po prostu nie można przemilczeć. Jestem załamana kryzysem moralności, wszechobecnym nawoływaniem do nienawiści, szczuciem, znieczulicą, brakiem empatii i elementarnej przyzwoitości a także etyką niektórych ,,dziennikarzy”. Naprawdę wszystko dla pieniędzy? Dla zasięgów? Serio, nie ma już żadnych granic? Nawet nie tyle oburza mnie niepodjęcie właściwych działań, które mogły zapobiec tragedii. Oburza mnie demoralizacja, upodlenie człowieka jako rasy i że nie wyciągamy żadnych wniosków z przeszłości. A jeśli mówimy jeszcze o jakiejkolwiek etyce w zawodzie dziennikarza, to czapki z głów tym, którzy sprzeciwiają się takim publikacjom i nie równają do dna. Chcę obcować z literaturą, sztuką, bo czuję, że ona mnie otwiera na szersze horyzonty, pozwala myśleć i czuć bardziej. Uwrażliwia. A potem następuje brutalne zderzenie z rzeczywistością i wątpliwość, czy dla ludzi którzy myślą i czują podobnie jak ja… czy jest jeszcze dla nas gdzieś miejsce? Ależ tak! Na pewno. Musi być! Mając wokół siebie wiele wartościowych osób i ciągłą wiarę, że tych ,,dobrej woli jest więcej”, chcę zakończyć ten wpis z nadzieją, że na przekór zdarzeniom świadczącym o upadku człowieczeństwa, nie dopuścimy do sytuacji, że pojęcia takie jak: ,,wrażliwość”, ,,dobro” czy ,,troska” staną się dla nas tak obce, że ich znaczenie będzie umiał wyjaśnić jedynie ChatGPT.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 10.05.2025 na Facebooku.

Olga Tokarczuk ,,Prawiek i inne czasy”

,,Którejś nocy czy któregoś poranka człowiek przechodzi granicę, osiąga swój szczyt i robi pierwszy krok w dół, ku śmierci. Wtedy pojawia się pytanie: czy schodzić dumnie z twarzą zwróconą ku ciemności, czy odwrócić się ku temu, co było, trzymać pozór i udawać, że to nie żadna ciemność, ale tylko światło zgaszonego pokoju. […] Największym oszustwem młodości jest wszelki optymizm, uporczywa wiara w to, że coś się zmieni, poprawi, że we wszystkim jest postęp”.

Poza szczególnymi przypadkami, co do zasady, staram się nie czytać ponownie tej samej książki. Pewne okoliczności sprawiły jednak, że wróciłam do tej, którą uważam za jedną z najlepszych, jakie miałam okazję przeczytać. Powroty po latach mogą być mniej entuzjastyczne czy nawet rozczarowujące, może ulecieć pierwsza fascynacja, której próżno szukać przy kolejnym spotkaniu. Ale zupełnie odmienny scenariusz zadział się dla mnie przy lekturze powieści Olgi Tokarczuk ,,Prawiek i inne czasy”.

Prawiek to wieś w Polsce, w której toczy się czas i losy poszczególnych bohaterów, zjawisk i przedmiotów. Powieść została napisana z niezwykłym rozmachem i konsekwencją. Wszystkie poruszone wątki, niczym w zawiłej grze, finalnie układają się w logiczną całość. Autorka nawiązuje do Biblii, mitów, legend, baśni w sposób szalenie twórczy, kreatywnie przedstawiając własną wizję, będącą świadectwem jej niezwykłych umiejętności pisarskich.

Krótkie rozdziały to ,,czasy”. ,,Czas Genowefy”, ,,Czas Misi”, ,,Czas Izydora”, ,,Czas domu”, ,,Czas Boga” czy ,,Czas Gry” to tylko przykładowe, przeplatające się i często powracające wątki.

,,Prawiek…” łączy w sobie wiele motywów, symboli, postaci i umiejscawia je w dość hermetycznym świecie, w którym głównym motywem jest przemijanie. Niezwykle ciekawie ukazany jest motyw powstania świata. Kosmologia zawarta w Grze, staje się metaforą świata przedstawionego. Tokarczuk prowadzi nas przez swoistą sagę rodzinną, niezwykle potoczystym językiem. Styl i spójność, która wyróżnia tę książkę, pozwala nam przebrnąć przez ciężkie a nawet przytłaczające etapy życia bohaterów. Tu nawet w boskich przemyśleniach i rozterkach, dominuje poczucie osamotnienia.

Zdecydowanie nie jest to książka z gatunku ku pokrzepieniu serc. Nie chcę powiedzieć, że jest przytłaczająca, ale tak – w ogólnym wrażeniu jest smutna. Pomimo niezwykle pięknego i lekkiego pióra pisarki, który pozwala przez nią niemal przepłynąć, nie zostawia złudzeń, jak trudno odnaleźć nadzieję i własną drogę do szczęścia oraz jak trudno wyzwolić się ze schematów, w których się dorasta. Próby zmiany kierunku, zazwyczaj nie przynoszą zamierzonych efektów, chociaż zdarzają się wyjątki. Dlaczego tak jest? Czy Prawiek, który zdaje się być nieprzekraczalny, to tylko administracyjna granica miejsca, w którym czas zatacza koło i w którym postacie kręcą się niczym w młynku Misi, jednej z głównych bohaterek powieści? A może Prawiek ze wszystkimi ograniczeniami, istnieje w postaciach przedstawionych, w ich sercach i umysłach, i tylko nielicznym z nich udaje się tę granicę przekroczyć?

Zostawiam znak zapytania.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 25.04.2025 na Facebooku.

Jon Fosse ,,Drugie imię. Septologia 1-2″

Dzisiaj zacznę od końca, czyli najpierw kilka słów od siebie, a następnie cytat z autora. W zasadzie trzy cytaty, bo nie mogłam zdecydować się na jeden, który najbardziej oddawałby klimat książki. Równolegle dotyka ona tematu: Boga, miłości, samotności, nałogów, natury sztuki, przemijania, radzenia sobie z przeszłością i teraźniejszością, relacją z własnym ja i z innymi.

Fossego fascynuje zwyczajność i samotność. Jego bohaterowie mierzą się z emocjonalnym chłodem, nieumiejętnością tworzenia więzi międzyludzkich. Dajemy się ponieść hipnotycznej, powolnej, powtarzającej się narracji, retrospekcji, odrealnionemu spojrzeniu na własny obraz z przeszłości, a może na kogoś zupełnie innego z teraźniejszości? U Fossego to nie wydarzenia są najważniejsze, lecz napięcie między postaciami.

I chciałabym móc więcej, i bardziej, i mądrzej, wznioślej, na miarę, na jaką zasługuje Jon Fosse oraz tłumaczka tej absolutnie niezwykłej prozy – Iwona Zimnicka. Próbuję złożyć kilka zdań po przeczytaniu ,,Drugiego imienia”, ale wydają mi się niewspółmierne i nieoddające sedna sprawy. Chciałabym umieć wyrazić, z jaką rozkoszą sięgnę po kolejna część, na którą spoglądam i którą mam już pod ręką: ,,Ja to ktoś inny” (3-5, polskie wydanie wrzesień 2024). Jednocześnie przeczuwam, z jaką niecierpliwością i w jakim napięciu, przyjdzie mi czekać na polski przekład ostatniej części Septologii ,,Nowe imię” (6-7).

W 2023 Akademia Noblowska nagrodziła Jona Fosse za nowatorskie sztuki i prozę, które dają wyraz temu, co niewypowiedziane. ,,Jego ogromny dorobek obejmuje około 40 sztuk i bogactwo powieści, zbiorów, poezji, esejów, książek dla dzieci i tłumaczeń” – powiedział Anders Olsson, przewodniczący komitetu Nobla w dziedzinie literatury.

,,Widzę to jako nagrodę dla literatury, która przede wszystkim dąży do bycia literaturą, bez innych rozważań” – powiedział Fosse w oświadczeniu.

Bez innych rozważań, kilka z wielu wyjątkowych fragmentów z książki ,,Drugie imię”:

,,[…] wszystko, co istnieje w czasie i przestrzeni, ma swoje przeciwieństwo, tak, na dobre i na złe, mówię, i wszystko, co istnieje w czasie i przestrzeni, zniknie, tak, większość, prawie wszystko, co było w czasie i przestrzeni, już zniknęło, większość rzeczy jest poza czasem i przestrzenią, nie istnieje, po prostu jest, tak jak Bóg nie istnieje, tylko po prostu jest, więc nie jest ani trochę dziwne, że można pragnąć odejść z tego świata, od tego, co istnieje, żeby móc spocząć w tym, co po prostu jest […]”

,,[…] mówię i czuję, jak bardzo blisko jest Ales, bo chociaż od jej śmierci minęło już tyle lat, to w łóżku ciągle leży obok mnie, i mówię, że dzisiaj nie chcę, nie dam rady z tobą rozmawiać, Ales, mówię, bo zacznę tylko tak bardzo za tobą tęsknić, za bardzo, mówię i obejmuję Ales, a ona obejmuje mnie i mówię, że na pewno już niedługo znów będziemy razem, ona i ja, i właściwie jesteśmy razem przez cały czas, również teraz […]”

,,[…] rozglądam się po innych w Gospodzie, siedzą ze swoimi piwami i papierosami, które są ich kruchą ochroną przed światem, siedzą, przytrzymując się papierosa i szklanki z piwem, a morze w nich jest ogromne, i podczas sztormu, i podczas ciszy morskiej, kiedy tak siedzą i czekają na następny i ostatni rejs, w jaki się wyprawią, ten, który nigdy się nie skończy, ten, z którego nigdy nie wrócą do domu […]”

Z języka norweskiego przełożyła Iwona Zimnicka, wydawnictwo ArtRage, 2023.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 22.04.2025 na Facebooku.

John Maxwell Coetzee ,,Nadzieja”

,,No więc tak, jest nadzieja, ale nie dla mnie. To z Kafki. Jedno z jego powiedzeń. Paradoksów. Napisał to jako żart, miał do tego rękę jak magik. Wyciągał takie rzeczy jak królik z kapelusza. No, tyle że miał rację – co do siebie, owszem, ale też co do ciebie i do mnie. Co do nas wszystkich. Nadzieja jest, tyle że nie dla nas. Jeśli nadejdzie zbawienie, to nas zaskoczy. Zaskoczy niezmiernie”.

Wydana w styczniu tego roku ,,Nadzieja” to zbiór opowiadań o kobiecych sekretach i refleksyjna wędrówka po świecie uczuć, w których wspólnym mianownikiem jest potrzeba wolności.

W opisie wydawcy czytamy, że ,,Coetzee patrzy na świat oczami kobiet, ukazując najgłębsze ludzkie tęsknoty. Bez patosu, lecz z czułością, która zachwyci każdego wrażliwego czytelnika”.

Sądzę, że jestem dość wrażliwym czytelnikiem i z mojego punktu widzenia, zbiór opowiadań Johna Maxwella Coetzeego faktycznie zachwyca. Językowo jest zwięźle, krótko i na temat. I absolutnie nie zmniejsza to ładunku emocjonalnego, płynącego z dość surowych w formie, ale bogatych w treść zdań.

Tematy, których dotyka autor są uniwersalne, ale nie banalne. Opowiadania, w których główną rolę zagrała ulubiona postać pisarza – Elizabeth Costello – wywarły na mnie szczególne wrażenie. Zmiany zachodzące w wyglądzie i zachowaniu bohaterki w obliczu śmierci, rozważania filozoficzne, notatki, zapiski, relacje z dziećmi, ważne rozmowy z synem.

Jest tu cała gama wrażeń, które podświadomie uruchamiają nasze własne, osobiste przemyślenia, doświadczenia czy wyobrażenia o sprawach trudnych, które nie omijają nikogo. Rozedrganie między tym, co można, a co trzeba. Poruszanie się w ramach konwenansów lub poza nimi, zamyślenie nad moralnością czy granicą tego, co etyczne.

Nie bez powodu, Coetzee jest uważany za mistrza niedopowiedzeń. Te, paradoksalnie czasem znaczą więcej, niż tysiąc słów. Zatem bez zbędnych słów – przeczytajcie. Mam Nadzieję graniczącą z pewnością, że nie pożałujecie.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 06.04.2025 na Facebooku.

Natalia de Barbaro ,,Przędza. W poszukiwaniu wewnętrznej wolności”

,,Ta książka rodzi się we mnie z mieszanki uczuć. Pierwszy jest smutek – bo patrzę z bardzo bliska na kobiety, które trwają w znieruchomieniu, chociaż, paradoksalnie, są w ciągłym ruchu. W rozmowach z przyjaciółkami, w historiach uczestniczek prowadzonych przeze mnie warsztatów, w listach od czytelniczek „Czułej Przewodniczki” wciąż wraca wątek życia w uwikłaniu, życia nie swoim życiem. To wywołuje we mnie poczucie wielkiej straty, jakiegoś kompletnego bezsensu. Potem budzi się oburzenie. I – wreszcie – nadzieja, że możemy się spotkać i że to spotkanie i dla ciebie, i dla mnie będzie ważne. Widzę je jako rodzaj wspólnej wyprawy w poszukiwaniu wewnętrznej wolności – nie takiej wolności, którą ktoś tobie albo mnie miałby wręczyć, ale tej, którą możemy znaleźć w swoim środku”.

– Natalia de Barbaro

Dziś nie będzie recenzji ani nic na jej kształt. Wymarzyłam sobie weekend w temacie nadziei. Dziś będzie o emocjach i o tym, że czasem to nie my wybieramy książki, lecz to one wybierają nas. Przywołują, przyciągają jak po niewidzialnej nitce, a potem zostają, zapisując się w naszej pamięci na dłużej. Czasem na całe życie.

Zastanawiasz się, czemu sięgasz akurat po tę książkę? Czemu spośród tylu dostępnych pozycji, wygrywa dziś właśnie ta? Dlaczego akurat ten tytuł? Być może kluczem jest autor, a może jakiś graficzny element na okładce? Może intrygująca historia związana z powstaniem książki, a może coś bardziej przyziemnego? Czy jest tak, że dziś potrzebujesz trzymać w dłoniach nową, twardą okładkę, a może właśnie tę bardzo wysłużoną, miękką, pomarszczoną, na której czas i doświadczenie innych rąk, zostawiły trwały ślad? Czy ma pachnieć świeżością, bielą kartek, drukarnią czy też strychem, piwnicą, starością?

A może tak jak ja szukasz, czego Ci teraz w życiu najbardziej potrzeba? Ale nie zawsze wiesz, czego Ci potrzeba, więc szukasz intuicyjnie, w niepewności i rozedrganiu. W oczekiwaniu, w którym pokładasz swoje nadzieje. I zawsze, ale to zawsze zwracasz szczególną uwagę na tytuł, który musi mieć w sobie zachętę, obietnicę albo skojarzenie, które wywołuje określone wrażenie. Być może w ten sam sposób obracasz ją i czytasz na odwrocie, aby się z nią zapoznać. Jeśli zaintryguje Cię choćby jedno zdanie, zaczynasz ją kartkować i Twój wzrok pada na losowo wybrany akapit na przypadkowo otwartej stronie. Czasem wystarczy jedno zdanie. Bywa, że kluczem jest jedno słowo.

Zdarza się, że właściwy egzemplarz znajdujesz od razu, innym razem poświęcasz więcej czasu na szukanie tego, co zasłuży na twoją uwagę. I szukasz tak do zwycięstwa. A później zachwycisz się lub przejdziesz obojętnie. Być może się rozczarujesz. Bywa, że ciężar książki Cię pokona, poddasz się nie docierając do jej kresu. A czasem poczujesz ten dziwny uścisk w żołądku i zawód, że to już koniec. W każdym razie, to co czeka na końcu, jest elementem przygody, która skrywa tajemnicę.

Lubię mieć książki pod ręką we własnej domowej bibliotece, ale do licha, jakże niesamowicie lubię zaglądać do publicznych bibliotek, antykwariatów i małych, lokalnych księgarni. Z tego kręgu, ostatnio najczęściej wybieram biblioteki. Czasem czeka tam na mnie już jakaś książkowa towarzyszka, o której obecność poprosiłam uprzednio, a ja cieszę się na to spotkanie. Przyciskam ją do siebie, gdy jest już w zasięgu moich rąk. Lubię jej zapach, zagadkę, która będzie trwać, dopóki się bliżej nie poznamy. A czasem idę w ciemno i o tym, z czym wrócę do domu, decyduje… no właśnie. Przypadek? Nie sądzę.

Jak doszło do mojego spotkania z książką ,,Przędza. W poszukiwaniu wewnętrznej wolności”? Oczywiście po nitce do kłębka, czyli od ,,Czułej przewodniczki”. Jakże to piękny tytuł. Nie mógł mnie nie oczarować. Naturalnie kojarzył mi się też z ,,Czułym narratorem”, co jeszcze bardziej zachęciło do bliższego poznania. Ale nie od razu. O ile ,,Czułą…” przeczytałam kilka lat temu, o tyle po ,,Przędzę…” sięgnęłam po webinarowym spotkaniu, na którym miesiąc temu miałam przyjemność poznać i posłuchać autorki. Moje uczucie oczarowania jej osobą, głośno wyrażona opinia, powrót do zachwytu nad ,,Czułą…” i zawód w związku z nieznajomością ,,Przędzy…”. Natychmiastowa reakcja koleżanki: ,,Mam i mogę jutro przynieść. Chcesz pożyczyć?”. O bogini! Oczywiście, że chcę i stało się słowo.

Ani w pierwszym ani w drugim przypadku nie zawiodłam się czytelniczo na Natalii de Barbaro. Jej książki są dla mnie jak balsam, jak gorąca zupa po dniu pełnym stresu i pośpiechu, jak czyjeś ciepłe dłonie, które w swoich trzymają moje wiecznie zimne, jak pachnąca świeca, która otula światłem i ciepłem.

Tak wiele fragmentów ,,Przędzy” wartych jest zacytowania, że aby je przytoczyć, musiałabym przepisać znakomitą część książki, czego nie uczynię. Mogę jedynie powiedzieć, że jeśli szukasz drogi do siebie, (a w końcu każda myśląca istota powinna starać się być w zgodzie ze sobą i tym, co jej w środku/duszy/sercu/głowie gra), to ta książka będzie pomocnym drogowskazem. Nie odnajdziesz w niej gotowej recepty na lepszą wersję siebie, ale znajdziesz inspirację, by zacząć szukać swojej przędzy, swoich mocy, talentów, emocji i wszelkich zasobów, dzięki którym zaczniesz tkać własną, wygodną i skrojoną na własną miarę tkaninę, która pomoże ci poszukać drogi do wewnętrznej wolności.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 28.03.2025 na Facebooku.

Katarzyna Sobczuk ,,Mała empiria”

,,Często siadałam przy biurku, żeby coś napisać, ale zwyciężała rzeczywistość plastyczna, która przynosi natychmiastową radość. […] Na okładce tej książki jest właśnie jeden z pomników, ten, w którym wymyśleni ludzie wchodzą do mojego laptopa. W tle innej instalacji słychać monolog Orlanda – narratora filmu A statek płynie: <Wybaczcie, to notatki, które zdążyłem zrobić dla jednej z moich gazet. O czym chcę opowiedzieć? O podróży morskiej? O podróży przez życie? Ależ o życiu się nie mówi, życie się tworzy. Banalne, prawda? Czy ktoś już tego nie powiedział, i to lepiej? Przecież wszystko zostało już powiedziane i zrobione>. Lubię marudny ton tego monologu i zawartą w nim elementarną wątpliwość”.

Odruchowo, wręcz mechanicznie, w ślad za innymi recenzjami, również tą umieszczoną na okładce przez wydawcę, mam chęć podsumować esej Katarzyny Sobczuk, jako traktujący o starości i starzeniu się. Ale ,,Mała empiria” to książka przede wszystkim o życiu i jego przeżywaniu. O tym, że jesteśmy osadzeni w czasie, który płynie i nie wraca. Jest to pięknie napisana próba uchwycenia wrażeń, emocji, odczuć w zwykłych czynnościach. Uważne pochylenie się nad codziennością i jej przemijaniem. Obrazy zastępowane kolejnymi krajobrazami, perspektywa, która niczym przez okno jadącego pociągu – ulega zmianom.

Nic nie jest tu jednak autorytarne i ostateczne. Ot, subiektywna prawda z punktu widzenia ,,ja”, z którym utożsamia się autorka. Zadziwiające, jak wiele innych ,,ja” identyfikuje się z jej wrażliwością i w jak wielu momentach książki z uśmiechem możemy przyznać, że też tak mamy. Czy porusza nas umiejętność uchwycenia zwykłych spraw, oglądania ich cudzymi oczami, które widzą tak samo jak nasze? A może mamy odmienny punkt widzenia podparty własnymi doświadczeniami, ale ciekawie zderzyć je w odniesieniu do innych empirii?

Podczas spotkania z autorką, w którym miałam przyjemność niedawno uczestniczyć, podzieliła się zachwytem na recenzją, którą zobaczyła na jednym z portali internetowych. Wśród ciepłych, miłych zdań, pojawiło się takie, na które szczególnie zwróciła uwagę, a mianowicie, że ,,autorka oferuje wgląd w istotę człowieczeństwa”. Naprawdę pięknie napisane. Zachwyt ten trwał jednak do chwili, gdy dowiedziała się, że recenzje na tej stronie są pisane przez sztuczną inteligencję.

W odniesieniu do powyższego, padło filozoficzne pytanie Katarzyny Sobczuk, z którym zostawiła słuchaczy: ,,Czy sztuczna inteligencja chciałaby być człowiekiem, gdyby przeczytała moją książkę?”. Wyraźnie usłyszałam powątpiewanie w głosie, ale może to tylko moje subiektywne odczucie.

Przede wszystkim chcę jednak podkreślić, że w tej książce starość jest tylko tłem, puntem odniesienia do tego, co wielu z nas myśli i czuje, ale może w codziennym pędzie nie zdążamy tych myśli złapać i zatrzymać, zapominamy. Lektura ,,Małej empirii” daje możliwość przypomnienia, zatrzymania się nad naszymi wrażeniami, ideami, pytaniami. To upragniona pauza od biegu, chwila na refleksję. Uważam, że książka jest dość elitarna i niszowa, ale jednak rezonuje z dużą grupą odbiorców i zyskuje coraz większe grono czytelników. Ku – mam wrażenie, szczeremu zaskoczeniu samej autorki, która stwierdziła, że w kontekście ostatnich wydarzeń, ma poczucie odrealnienia.

Co myślała o czytelniku podczas pisania? Czym chciała go chwycić? Odpowiedź jest rozbrajająco prosta, ale wierzę, że nie była to kokieteria: w ogóle nie myślała o czytelniku. Pisała notatki, które w pewnym momencie przelała na komputer. W dużym uproszeniu, można pokusić się o opinię, że za tak dobrym przyjęciem ,,Małej empirii” stoi (bagatela): autentyczność autorki i jej trafna obserwacja człowieka oraz erudycja i lekkość, z jaką pisze nawet o rzeczach trudnych.

Ot, mała wielka książka.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 21.03.2025 na Facebooku.

Kurt Vonnegut ,,Śniadanie mistrzów”

,,Pojadę tam zademonstrować im coś, czego nikt dotąd nie oglądał na żadnym festiwalu sztuki: przedstawiciela tej rzeszy artystów, którzy poświęcili całe życie na poszukiwanie prawdy i piękna, a znaleźli guzik z pętelką”.

Kilgore Trout, jeden z ulubionych bohaterów powieści Kurta Vonneguta, postanawia wzburzyć artystyczny światek i pojawić się na przekór wszystkiemu na festiwalu sztuki. Liczy na wprawienie w zakłopotanie wszystkich, spodziewających się w takim miejscu ludzi sukcesu, do których Trout się nie zalicza. Jego mecenasem i osobą, której zawdzięcza zaproszenie na festiwal (które nota bene w pierwszej chwili wziął za żart) jest bodaj jego jedyny wielbiciel Eliot Rosewater. Kilgore czuje się niedoceniony jako pisarz. Swoje sto siedemnaście powieści i dwa tysiące opowiadań publikuje dzięki kontraktowi z Biblioteką Klasyki Światowej w Los Angeles, wydającej stuprocentową pornografię.

Przekonany, że na radosne salony wniesie jedynie rozpacz i pustkę przeciw pożądanej wszem i wobec wesołkowatości, nawet nie podejrzewa, jak bardzo wpłynie na dalsze losy Dwayne’a Hoovera oraz… na swoje własne. Ponad wszelką wątpliwość nie spodziewa się również spotkania ze Stwórcą. Po wydarzeniach, które miały miejsce w Midland City, staje się pionierem w dziedzinie zdrowia psychicznego. W 1979 otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny.

Drugą postacią, wokół której zawiązuje się akcja powieści jest Dwayne Hoover, sprzedawca Pontiaków, fantastycznie bogaty facet, który mieszka w fikcyjnym mieście Midland City. Jego zachowanie zaczyna wzbudzać pewne podejrzenia wśród najbliższych osób. Spotyka Trouta jesienią 1972 na festiwalu sztuki, w swoim rodzinnym mieście. Hoover traci zmysły a definitywnie odchodzi od nich po przeczytaniu: ,,Teraz można to ujawnić”. Pod wpływem tej lektury jest przekonany, że jest jedynym człowiekiem na świecie, a wszyscy pozostali to maszyny.

Brak wrażliwości i uważności na drugiego człowieka w najbliższym otoczeniu, podany w sposób groteskowy i ironiczny, to nie jedyny problem, do którego, z właściwym sobie dowcipem, odwołuje się Vonnegut. Powieść dotyka również kwestii rasizmu, nierówności społecznych, niewolnictwa, niszczenia środowiska oraz patosu na temat Stanów Zjednoczonych i rzuca cień na obraz wyśnionego, amerykańskiego snu.

Kontrast między trudnymi tematami, poruszanymi przez Vonneguta w ,,Śniadaniu mistrzów” a lekką formą, w jaką te złożone zagadnienia ubiera, potęguje przekaz. Nasz wzrok podąża dokładnie w kierunku wskazanym przez autora. Czarny humor zmniejsza ciężar gatunkowy, który wynika z treści i wydobytych na światło dzienne faktów, zdarzeń czy historii. Zdaje się, że oglądamy rzeczywistość w krzywym zwierciadle, ale świadomość, że w sprawach fundamentalnych autor nie nagina faktów, tylko pokazuje rzeczy takimi jakie naprawdę są, nie napawa optymizmem. Taki śmiech przez łzy.

Vonnegut bez ogródek pisze o wadach swojego narodu: ,,My Amerykanie, wymagamy symboli barwnych, trójwymiarowych i soczystych. Ponad wszystko jednak pragniemy symboli nie zatrutych ciężkimi grzechami, jakie popełnił nasz naród, takimi jak niewolnictwo, ludobójstwo i zbrodnicza obojętność, oraz krzykliwą handlarską zachłannością i kombinacjami. […] Stary człowiek podniósł wzrok […]. I ujrzał w mojej dłoni jabłko”. A zatem małe światełko w tunelu, promyk nadziei.

Pierwsze wydanie ,,Śniadania mistrzów, czyli żegnaj czarny poniedziałku” ukazało się nakładem Delacorte Press (Nowy Jork) w roku 1973. Specyficzna, charakterystyczna narracja i język bezbłędnie trafiają w moje gusta. Vonnegut zmarł, zanim Apple wypuścił swój pierwszy iPhone, odchodząc jako pisarz epoki, która bezpowrotnie minęła. Mimo upływu czasu i kolejnych generacji (pokoleń i telefonów), pewne problemy amerykańskiego społeczeństwa nie tracą na aktualności i, o ironio, nie chcą trafić do lamusa.

Chciałoby się, aby ktoś w równie trafny, bezpardonowy i zmuszający do refleksji sposób wydobył do wierzchu to, co trawi współczesną Amerykę. I nie tylko ją…

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 14.03.2025 na Facebooku.

Olga Tokarczuk ,,Empuzjon”

,, – W każdym z nas tkwi poczucie niepełnowartościowości, przekonanie, że czegoś nam brakuje, a wszyscy inni to mają. Przez całe życie musimy się z tym poczuciem niższości układać, przezwyciężać je albo zaprzęgać do wozu naszych ambicji i niszczącego dążenia do doskonałości. A co jest doskonałością, czy ktoś wie?”.

Książka ,,Empuzjon”, wydana w 2022 r., jest pierwszą powieścią napisaną po otrzymaniu przez Olgę Tokarczuk nagrody Nobla. Po jej lekturze z żywym zainteresowaniem zapoznałam się z licznymi recenzjami i opiniami czytelników. Niezależnie od ogólnej oceny, uwagę zwracało, że wszyscy doceniali piękny język, erudycję autorki i klimatyczną narrację, która wciąga czytelnika w na wpół realny, na wpół magiczny świat, w którym przyroda gra jedną z głównych ról.

Język jest tu bezapelacyjnie największym atutem, ale nie jedynym. Baśniowa, momentami mroczna opowieść, w której oniryzm łączy się z jawą, a granica między prawdą a fikcją mocno się rozmywa. Akcja rozwija się stopniowo i niespiesznie. Rozległe opisy i przytaczane historie mogą urzec lub nie, ale znajdują uzasadnienie w dalszej części powieści. Autorka przenosi nas do uzdrowiska Görbersdorf (dzisiejsze Sokołowsko na Dolnym Śląsku), gdzie leczy się choroby ,,piersiowe i gardlane”.

Początkowo jest spokojnie, ale niewinna atmosfera zostaje zakłócona przez nagłą śmierć Pani Opitz, żony właściciela uzdrowiska – Wilhelma. Pojawia się podejrzenie morderstwa a na jaw wychodzą skrywane sekrety i przerażające historie, które dzieją się nieopodal pensjonatu.

Głównym bohaterem jest Mieczysław Wojnicz, student ze Lwowa, który przyjeżdża do sanatorium w nadziei na wyleczenie gruźlicy. Skryty, tajemniczy i trzymający się nieco na uboczu, poznaje innych kuracjuszy. Panowie racząc się nalewką Schwärmerei, oddają się licznym debatom zarówno na tematy polityczne jak i społeczne oraz rozważają czy dojdzie do wybuchu wojny (akcja powieści dzieje się we wrześniu 1913 r.). Na pierwszy plan wysuwają się mizoginistyczne przekonania na temat kobiet. Olga Tokarczuk parafrazuje teksty znanych myślicieli, artystów, pisarzy i wkłada je w usta swoich bohaterów. Świadomość, że Ci ,,wielcy i mądrzy” mieli tak szowinistyczne poglądy, wywołuje w równym stopniu zaskoczenie co rozczarowanie i niesmak.

Ale wróćmy do głównej postaci. W pewnym momencie, Wojnicz znajduje się w wielkim niebezpieczeństwie. Wątek tego bohatera rozwija się, akcja przyspiesza i przyjmuje nieoczekiwany obrót. Szczególnie w pamięć zapada arcyważna rozmowa z doktorem Semperweiß, która zaskakuje i wywołuje dyskusję o wizję świata idealnego, obowiązujące reguły i dogmaty oraz punkt widzenia rzeczywistości. Autorka zmusza do refleksji i ponownej weryfikacji tego, co wydaje się normalne, oczywiste, zwyczajne. Jak bardzo byśmy tego nie wypierali, zostawia nas w poczuciu, że świat nie jest taki prosty jak się na pierwszy rzut oka wydaje i nie powinien zostać spłycany do podziału tylko na czarne i na białe.

Moja osobista, smutna refleksja – ten kto przeczyta – zrozumie, ten kto powinien zrozumieć – nie przeczyta.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 06.03.2025 na Facebooku.

« Older posts Newer posts »