czyli między słowami a pikselami

Kategoria: Refleksje

(Bez)sens tworzenia

,,O wszystkim w życiu można pisać, jeśli masz odwagę, by to zrobić, i wyobraźnię, by improwizować. Najgorszym wrogiem kreatywności jest zwątpienie w siebie”. Silvia Plath

Pisanie

Pisanie jest formą ekspresji, kreśleniem nowych światów lub próbą ich uchwycenia, budowaniem narracji, pokazywaniem różnych punktów widzenia i odniesień. To proces twórczy, któremu towarzyszy wysiłek intelektualny i fizyczny. I czas. A jak czas to pieniądz, dosłownie i w przenośni. Ludzie od wieków mają potrzebę wyrażania się poprzez pismo. Nie chcę rozwodzić się, jak to wyglądało historycznie i jak ewoluowało. Od pewnego czasu zastanawiam się czy w dobie AI pisanie ma jeszcze jakiś sens. O ile eseje, powieści, wiersze, książki popularnonaukowe itd. nie wydają się zagrożone (jeszcze to rozwinę) o tyle twórczość w dużym uproszczeniu zebrana pod tytułem ,,recenzje”, czyli ni mniej ni więcej to, czym się od pewnego czasu hobbystycznie, w tak zwanym wolnym czasie się zajmuję, budzi moje szczere zwątpienie.

Przywilej

Gdy w październiku zeszłego roku, założyłam swojego bloga, który miał stanowić rozszerzenie i kontynuację facebookowego Niecodziennika subiektywnego, w zakładce ,,O blogu” napisałam: ,,Wiedz drogi Czytelniku, że poza cytatami, każde zdanie i zdjęcie umieszczone na tym blogu, jest moim wytworem. Sztuczna inteligencja prowadziła mnie za rękę i pomagała krok po kroku w technicznych aspektach powstawania tego miejsca. To dla mnie nowe i fascynujące doświadczenie. Widzę relację z AI jako symbiozę, której się uczę i oswajam, jednak przywilej tworzenia zostawiam w swoich rękach. Mimo niedoskonałości, ułomności, poświęconego czasu, być może niewspółmiernego do efektu – wierzę, że słowo to mój wybór, moje sacrum, moja wolność i przywilej”.

Pisanie to przywilej i będę to podkreślać. Przywilej, z którego człowiek coraz częściej i chętnej rezygnuje. Widzę to we wpisach, generowanych przez sztuczną inteligencję, czytam na profilach, których treść nie została stworzona przez człowieka. Niektórych przykładów jestem pewna, inne pozostają w sferze moich domysłów. Nie chcę czytać recenzji czy książek wygenerowanych przez bądź z użyciem AI. I nie piję tu do ostatniej gorącej dyskusji, wywołanej przez autorkę, której twórczość szanuję, podziwiam, i co do której nie mam żadnych wątpliwości, że potrafi pisać i robi to wspaniale, bo czytałam kilka jej książek sprzed czasów, w których nawet hipotetycznie nie mogłyby zadać maszynie pytania: ,,kochana, jak mogłybyśmy to pięknie rozwinąć?”.

Pokusa

Nie chcę nikogo oceniać. Jako osoba często korzystająca z AI, zwyczajnie siedzę przy herbacie, po wieczornym spacerze z psami, z muzyką fortepianową na uszach i klikam własnoręcznie w odpowiedniej kolejności na klawiaturze (Panie Twardoch kłaniam się za wpis i dziękuję za niego), w próbie znalezienia odpowiedzi na pytanie: gdzie jest granica między zbieraniem materiałów, poszukiwaniem informacji a wpuszczaniem i zapraszaniem chatbota do swojego procesu twórczego? Dalej jest pytanie o wykorzystanie lub rezygnację z podrzuconych w sekundę pomysłów, nad którymi człowiek spędziłby dużo więcej czasu. Gdy kierowałam pytanie do programu o porównanie uczelni pod kątem studiów, które od zawsze mnie interesują, poprosiłam o literaturę i autorów a następnie  wpisałam polecenie o wygenerowanie literatury do tematu, który chciałabym opisać, to na każdym kroku pojawiało się zapytanie, czy może chciałabym dostać gotowy wstęp, może kawałek rozdziału, może plan, może cokolwiek. Chciałam dostać listę książek, które rozszerzą mój katalog książek do przeczytania w danym zagadnieniu. W efekcie od otrzymania całej pracy dzieliło mnie tylko konsekwentne trzymanie się tego, że pisanie zostawiam dla siebie, ale ile osób odpowie chatbotowi: ,,napisz”? Żaden fragment mojego wpisu na bloga, jakiekolwiek pracy twórczej, nie był i nie będzie napisany przez AI. Nie chcę przed wyborem interesującego mnie tekstu czy intrygującej książki snuć domysłów, czy ten wytwór należy do człowieka czy maszyny. A może tylko trochę do człowieka, a może… Nie! Po prostu nie chcę.

Szarpanie strun

Najłatwiej byłoby trzymać się klasyki, jest jeszcze tyle książek, które chciałabym przeczytać, a które ciągle czekają na swoją kolej. Z drugiej strony sięgam też po nowości i nie chcę z tego rezygnować. Nie chcę z obawy przez AI bojkotować wspaniałych, utalentowanych, zdolnych ludzi, którzy wkładają swoje serce i pracę w pisanie. To, jakie emocje wywołała we mnie książka Elizy Kąckiej, jak bardzo szarpnęła za wszystkie cienkie struny, zasługuje i doczeka się tu osobnego wpisu, nawet jeśli dziś wątpię w sens pisania recenzji książek. Z drugiej strony, przecież żaden AI nie wie, jak to jest mieć dziecko ze spektrum, nie wie, jak to jest siedzieć przy jego szpitalnym łóżku i pisać przy nim pracę magisterską. Nie wie, jak to jest podejmować decyzje, które mają ważyć na dalszym życiu, nie wie, jak to jest płakać ze szczęścia i czuć rozrywający ból w całym ciele, niemoc, strach, euforię, wzruszenie, łzy na dźwięk muzyki, dotyk kochającej osoby czy zapach kawy o poranku. Wygeneruje w chwilę setki stron, które będą merytoryczne, kompletne, będą zachowywały temat, sens, przyczynę i skutek, będą imitować emocje, ale nigdy nie będą z nich zrodzone. I nigdy pod wpływem wspomnień nie poczują szczęścia i wdzięczności lub przeciwnie – straty, żalu czy smutku, który popchnie ich do tworzenia.

Dokąd idziemy?

Zastanawia mnie, czy osoby, które również piszą samodzielnie, mają podobne wątpliwości, dylematy, chwile zwątpienia w sens tworzenia. Wrzucamy do sieci materiały, które maszyna generuje komuś innemu w zależności od otrzymanego prompta. Ktoś gdzieś dostanie Twój pomysł, moje przykłady, czyjeś rozwiązanie. Parafrazowane, owinięte w złoty papier, opatrzone idealnym wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. I właśnie… jakie będzie to zakończenie. Czy poddamy się w obliczu zalewu generatywnych wyrobów, tracąc motywację i sens opisywania własnych wrażeń? Czy za mistrzem Młynarskim chwycimy się odważnej myśli ,,róbmy swoje”, konsekwentnie obierając własny kurs, niezależnie od kierunku, w którym zmierza świat? Jak długo będziemy mieć wybór? Ile mamy czasu? I co dalej? Powrót do zeszytu, ręcznych notatek, zapisków? Ostatnio sięgam do nich coraz częściej. Jakie mamy opcje? Wyłączenie z systemu niczym w Matrixie? Dziś wydaje mi się to nierealne, ale to, co mnie otacza również coraz częściej wywołuje we mnie poczucie odrealnienia. A zatem niebieska czy czerwona pigułka? Iluzja czy prawda? Nie wiem, czy umiałabym jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie Morfeusza. Ale na pytanie maszyny czy napisać za mnie kawałek recenzji czy innego tekstu odpowiedź negatywna nie wywołuje najmniejszych wątpliwości. A jak myślą inni i czy to coś zmienia dla mnie?

Zdaniem AI

Po napisaniu ostatniego zdania, zadałam pytanie maszynie: ,,Jaki jest sens pisania recenzji przez człowieka, jeśli AI zrobi to w kilka chwil?”. ,, Krótka odpowiedź: sens pisania recenzji przez człowieka nie znika – zmienia się. AI potrafi wygenerować tekst szybko, ale nie potrafi nadać mu tego, co w recenzji najważniejsze: osobistego doświadczenia, odpowiedzialności, ryzyka interpretacji i indywidualnego głosu”. Oczywiste? Nic nie szkodzi, żeby sobie czasem przypomnieć to, co wydaje się oczywiste i spokojnie wracać do pisania.

Sylwester, druga rano

,,Aszer Rubin uważa, że większość ludzi jest głupia i że to głupota ludzka sprowadza na świat smutek. Nie jest to grzech ani cecha, z którą się człowiek rodzi, ale zły pogląd na świat, błędna ocena tego, co widzą oczy. W rezultacie ludzie spostrzegają wszystko osobno, każdą rzecz w oderwaniu od pozostałych. Prawdziwa mądrość to sztuka łączenia wszystkiego ze wszystkim, wtedy wyłania się właściwy kształt rzeczy”.

Olga Tokarczuk ,,Księgi Jakubowe”

To nie będzie typowa recenzja

Czy dopada Was czasem marazm, niechęć i niemoc twórcza? Może uwaga skierowana na inne problemy nie pozwala skupić się na ostatnio przeczytanej książce? Może sięgnięcie po kolejną a następnie napisanie recenzji staje się wyzwaniem nie do udźwignięcia w konkretnym momencie życia? Może nawet i udało się złożyć kilka zdań i akapitów w głowie, ale nie zmaterializowały się na papierze czy klawiaturze i ślad po nich zaginął?

Ostatnie tygodnie nie były u mnie tak obfite czytelniczo, jak bym sobie tego życzyła. Końcówka listopada i grudzień były trudne. W katalogu wyzwań były również bardzo pozytywne chociaż wymagające zaangażowania zdarzenia. Krótko mówiąc, nie był to miesiąc beztroskiego zaczytywania się i spędzania czasu z książką po książce. Dominowała raczej postawa mobilizowania się poprzez fakt, że dobrze mi szło przez cały rok, że dawałam radę i nie mogę się poddać. Tryb ostatnich tygodni poniekąd wymusił na mnie nowe rozwiązania, co do których byłam uprzedzona i oporna. A mowa o słuchaniu książek.

Afryka dzika, czyli odkrywam audiobook na nowo

,,Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk, ,,Cienie na połoninach” Małgorzaty Garkowskiej i ,,Ukochana” Toni Morrison to książki, które poza zróżnicowaną fabułą, poruszanymi problemami, różnymi sylwetkami bohaterów czy odmiennym czasem i miejscem wydarzeń, zestawiam ze względu na jeden wspólny mianownik – audiobook.

Dwie pierwsze pozycje naprzemiennie czytałam i słuchałam. ,,Ukochaną” od początku do końca odsłuchałam za pośrednictwem audiobooka. Sceptykom, którzy zapytają: Czy da się? Odpowiem zdecydowanie: Cholera, da się, mimo że sama w to nie wierzyłam! Ba, już wcześniej bez powodzenia próbowałam. Niestety podjęte w przeszłości próby kończyły się fiaskiem w postaci zaśnięcia na nie wiadomo którym fragmencie. Znalazłam na to sposób poprzez słuchanie książek na słuchawkach w trakcie różnych czynności, w samochodzie, przy gotowaniu, składaniu prania, podczas kolorowania antystresowego i wielu innych czynności. Najbardziej odpowiada mi forma łączona, czyli słuchanie jakiegoś fragmentu i możliwość przeczytania innego lub też słuchanie i patrzenia na tekst jednocześnie. Niektórzy lektorzy to wartość dodana do lektury a tekst czytany ich głosem brzmi wręcz fenomenalnie. Audiobook? Jestem na tak. Warto było spróbować kolejny raz, żeby się o tym przekonać.

To nie będzie typowe podsumowanie

Piszę ten post kolejny dzień. W sumie zbierałam się do niego od miesiąca. Finalnie docieram do ostatniego dnia roku, chociaż nie było to moim zamiarem. Z przerwami, z przygodami,  a jednak jestem. Oglądam się na to, co udało się zrobić i napisać od stycznia, również w prywatnych plikach czy ręcznych notatkach. Wiem, że można (czytać/pisać/tworzyć) lepiej i więcej i wiem, że nie jestem królową systematyczności, chociaż naprawdę w tym roku bardzo się starałam i przybijam sobie piątkę. Mimo niedociągnięć i niedoskonałości, jestem szczerze zadowolona i dumna z wielu rzeczy, które udało się zrobić w tym roku i które mam zamiar kontynuować. To był dobry czas, który pozwolił mi na realizację kilku planów i zamierzeń, otworzył nowe horyzonty i możliwości, obfitował w wyzwania i próby radzenia sobie z nimi. W tym roku regularnie uczestniczyłam w zajęciach grupy czytelniczej, która zawiązała się w styczniu, byłam na paru ciekawych spotkaniach autorskich, sztukach i koncertach. Obejrzałam kilka niezłych filmów, a nawet wkręciłam się w serial innych niż ,,Columbo”, który kocham i oglądam od lat. Udało się również odświeżyć stare, szkolne znajomości i spotkać z przyjaciółmi ze szkolnej ławy. W tym roku odbyłam kilka ważnych, czasem trudnych rozmów, postawiłam kilka granic i uczyłam się asertywności w praktyce. Godziny ważnych rozmów, łzy, śmiech i cenne chwile z rodziną. Zobaczyłam kilka ciekawych miejsc, zjadłam smaczne dania (do diabła z dietą) i zgromadziłam wiele wspaniałych wspomnień. Dzięki wsparciu kilku wspaniałych osób, zrealizowaliśmy również świetny wolontariat, który dał mi kopa w momencie, kiedy bardzo tego potrzebowałam.

A jednak podsumowanie…

Gdy patrzę na ten rok, muszę przyznać, że to był cenny czas,  i chociaż chcę skupić się na tym, co działo się czytelniczo, bo kilka ciekawych książek również udało mi się przeczytać, to chcę zostawić ślad ogólnej wdzięczności za wszystko dobre, co zdarzyło się w tym roku. Radości i sukcesy dodawały skrzydeł, a porażki i smutki nie były na tyle silne, aby skutecznie rozłożyć mnie na łopatki. Prowadzę bloga i stronę na fb, piszę, czytam i celebruję małe szczęścia. Nadal cieszę się jak dziecko podczas ubierania choinki, uwielbiam codzienny rytuał porannego parzenia i picia kawy, czas kwitnienia drzew i zapach książek. Mam kilka marzeń, które zrealizowałam i kilka takich, których realizację przesuwam na dalszy czas. Ich sukces będzie zależał od wielu zmiennych, w tym od mojego zaangażowania, włożonej pracy i systematyczności. Bardzo podoba mi się zdanie, że ,,marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia”. Oczywiście nie zawsze jest tak, jak sobie to zaplanujemy, nie na wszystko mamy wpływ i możliwości. Nie wszystko się da i ten rok jak żaden inny nauczył mnie, że nie zawsze chcieć to móc. Czasem największe wyzwanie to odpuścić. Nie po to, żeby przegrać, ale by móc budować grunt pod inne zwycięstwa.

Czasem najtrudniej jest zacząć

Bardzo trudno było mi się zebrać i napisać ten post. A teraz mam poczucie, że mogłabym go nie kończyć. Wszystko, co ma początek zasługuje jednak na zakończenie. Czasem nawet po to, by dać przestrzeń na kolejne rozdziały i na kolejne szanse. Perspektywa nowego początku jest z jednej strony trudna, bo znów budujemy trochę od zera, znów narzucamy sobie presję, znów nasze oczekiwania rosną. Z drugiej strony, jeśli spojrzymy na nowe, jako na coś, co otwiera możliwości a zamyka stare, niewygodne sprawy, pozwala na odcięcie się od trudnych wspomnień czy doświadczeń, to kiedy, jeśli nie od tego nowego początku? Możemy też dojść do wniosku, że to, co tu i teraz jest zupełnie w porządku i nie musimy na siłę budować na nowo. Być może to, co stare przynosi nam radość, bezpieczeństwo i szczęście. I niech tak będzie. Nie musimy ścigać się sami ze sobą czy z innymi w imię nowego rozdania. Wcale nie musimy przeczytać więcej, napisać dłużej, wejść wyżej czy zajść dalej. I nie musi być tak, że Nowy Rok, to nowa/y ja. Może ten symboliczny początek da więcej wiary i motywacji do zmian lub aktywności, które są w nas nie od dziś, kiełkują, rodzą się albo całkiem długo chodzą nam po głowie. Jeśli tak, wykorzystajmy ten wiatr w żagle. Najtrudniej jest zacząć, bo początki nigdy nie są łatwe. Każda fascynująca historia sprowadza się do pytania, jak to się wszystko zaczęło.

…a czasem skończyć

Szczęśliwego Nowego Roku, pięknych początków i jeszcze wspanialszych dalszych ciągów historii – tych prawdziwych i tych książkowych, bo przecież tu wszystko zaczęło od książek. A może wcale nie? Może nigdy tak naprawdę nie chodziło o książki a o relacje, interakcje, zbieranie wrażeń, emocji i możliwość dzielenia się swoimi przemyśleniami pomieszane z zaciekawieniem i oczekiwaniem na wrażenia innych osób? Zresztą, nieważne. Kto to by się nad tym zastanawiał? A moja książka roku? Nie wybiorę jednej i nie żałuję żadnej, którą przeczytałam, co by w pewnym sensie potwierdzało, że to był dobry rok.

Ważne książki po latach

Jak czytamy ważne dla nas książki po latach? Jakie wywołują w nas emocje, wrażenia? Czy związane z tym wspomnienia dodają im uroku czy raczej uświadamiają o nieuchronnym przemijaniu i o tym, jak bardzo zmienia się nasz punkt widzenia na wiele spraw? A może wcale się nie zmienia? Co jeszcze z nami rezonuje, a co bezpowrotne przeminęło i spadło z naszego literackiego panteonu?

Wczoraj planowałam napisanie recenzji ,,Kociej kołyski” Kurta Vonneguta, którą chcę opublikować w listopadzie na otwarcie nowego cyklu recenzji, związanej z powstaniem tego bloga. Vonnegut to jeden z autorów, którzy w swoim czasie ,,robili hałas”, a dziś poddawani są krytyce, dyskusji czy ich książki nadal się bronią czy też trącą banałem i przeciętnością. I nie jest to bynajmniej wpis o Vonnegucie, ale o zjawisku, które wywołało moje zaciekawienie, odsuwając napisanie recenzji na drugi plan.

Upływ czasu a odbiór

Czasem słyszę, że ważna dla kogoś lektura, po ponownym z nią zetknięciu, wywołuje w czytelniku pewien rodzaj rozczarowania i zadziwienia nad jej wcześniejszym odbiorem. Gdzieś ginie pierwsze, silne wrażenie a dotychczasowy blask przygasa. Zaczyna się postrzeganie przez pryzmat kolejnych książek, może zręczniej napisanych, może bardziej aktualnych, tych z tu i teraz. Oczywiście nie mówię o dowolnych książkach. Mam na myśli te superważne pozycje, które w oczach odbiorcy, po pewnym czasie stają się zupełnie przeciętne. A przecież, gdyby nie zostały ponownie przeczytane, zachowałyby swój dotychczasowy smak i uczucia, jakie towarzyszyły czytelnikowi po pierwszym spotkaniu.

Czy warto wracać do ważnych książek po latach?

Chętnie przysłuchuję się wszystkim opiniom, które padają na spotkaniach grupy czytelniczej, do której należę. Bardzo lubię te nasze rozmowy, wymianę myśli, spostrzeżeń. Każda opinia jest dla mnie cenna, nawet, a może zwłaszcza ta, która jest totalnie inna od mojej. Nieustannie uczę się tu pokory i szacunku do innego punktu widzenia niż mój. Szalenie polecam udział w takich grupach, to bardzo cenne doświadczenie. Zauważam jednak, że w stosunku do opinii, że ,,kiedyś to była książka, a dziś to już nie jest to co wtedy”, stoję na zupełnie innym biegunie. Może to nie jest idealne porównanie, ale przypomina mi to żartobliwe zdanie przeczytane w Internecie, że ,,kiedyś to były czasy, dziś już nie ma czasów”.

Osobiste wrażenia

Myślę o tym, czy książki, które czytałam są nadal spójne z moją wrażliwością? Czy moje wybory były na tyle trafione, że dziś nie są rozczarowujące? Czy mój sposób odbioru zawartej w niech treści się nie zmienił? A może uległ zmianie, ale nie na tyle, żeby tę książkę zjechać czy zmienić jej miejsce na półkę z kategorią ,,mniej ważne”? Może moja sentymentalna natura albo tendencja do romantyzowania przeszłości, a tym samym okoliczności, w których odczytywałam daną książkę, grają tu rolę? Nie wiem tego do końca, ale pewnie w każdym z powyższych zapytań, jest zawarte ziarenko odpowiedzi, inaczej nie przyszłyby mi do głowy.

Wybitny czy przeciętny?

Poranną kawę rozpoczęłam z dylematem: Czy fascynacja stylem autora, który robił na kimś wrażenie i nagle przestał, świadczy o mądrości i dojrzałości czytelnika czy o jego wcześniejszym złym guście i braku literackiego wyrobienia? Rzucam to pytanie w przestrzeń, bo rzadko wracam do raz przeczytanych książek, a te, do których mi się zdarza, nigdy mnie nie rozczarowały. Z moich obserwacji i rozmów wynika, że inni mają często przeciwne doświadczenia. Towarzyszy im poczucie rozczarowania i zaskoczenia, cóż takiego wcześniej wzbudzało ich entuzjazm? Ja raczej zachwycę się ponownie, chociaż czasem z innych względów, na co innego zwracając uwagę. To albo świadczy o mojej niedojrzałości czytelniczej albo wręcz przeciwnie – o umiejętności zachowania młodzieńczego punktu widzenia i zachwytu, mimo upływu czasu. W końcu, dlaczego miałabym umniejszać książkom przeczytanym we wcześniej młodości? Niektóre tak naprawdę zrozumiałam dopiero po latach.

Nie ma się czego wstydzić

Dlaczego jest tak, że zaczynamy wstydzić się tego, co nami zawładnęło, co wywołało dreszcz emocji i niejednokrotnie było źródłem inspiracji dla własnej szufladowej twórczości? Po przeczytaniu ,,Buszującego w zbożu” ponad 20 lat temu, zaczęłam z większą systematycznością pisać swój pamiętnik, współodczuwałam z autorem, miałam swoje egzystencjalne dylematy. Pisanie stało się dla mnie formą ekspresji, sposobem na wyrażenie siebie i w zasadzie tak jest do dziś. Oczywiście, że dzisiaj czytam ją inaczej, ale wciąż patrzę z sentymentem i zrozumieniem. Mam ochotę powiedzieć, że też czułam ból istnienia, wewnętrzne rozdarcie, niesprawiedliwość czy samotność w tłumie. Konia z rzędem temu, kto powie, że jako nastolatek czuł się zawsze akceptowany i rozumiany, z wysokim poczuciem własnej wartości. Zawsze wiedział, co chce robić w życiu i  nigdy nie zawahał się przed obraniem określonej ścieżki? W gruncie rzeczy czy wiedzą to wszyscy dorośli albo chociaż większość z nas? Czasem po latach wstydzimy się swoich młodzieńczych fascynacji. Sami przed sobą wydajemy się śmieszni i naiwni. Niektóre powroty do książek podsumowujemy zdaniem:  ,,Co ja w niej widziałam/widziałem?”.

A mówią, że stara miłość nie rdzewieje.