czyli między słowami a pikselami

Kategoria: Książki – recenzje I – X 2025 (Page 3 of 3)

Kurt Vonnegut ,,Rzeźnia numer pięć”

,, – Czy to jest książka antywojenna? – Tak – odpowiedziałem. – Chyba tak. – Czy wiesz, co mówię facetom, którzy piszą książki przeciwko wojnie? – Nie. Ciekawe, co im mówisz. – Mówię: Dlaczego nie piszesz książek przeciwko lodowcom?

Chodziło mu oczywiście o to, że wojny będą zawsze i że z równym powodzeniem można próbować powstrzymywać lodowce. Ja również jestem tego zdania”.

Wojen nie da się powstrzymać i Kurt Vonnegut, pisząc swoją piątą powieść, pt. ,,Rzeźnia numer pięć”, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. To przekonanie, nie było jednak przesłanką do milczenia o tym, co okrutne choć nieuniknione. Przeciwnie – stanowiło główną przyczynę do napisania jednego z najważniejszych i najbardziej oryginalnych dzieł literatury XX wieku. Autor planował, że powieść o bombardowaniu Drezna, będzie jego pierwszą książką, ale tak się jednak nie stało. Pierwsze wydanie ,,Rzeźni…” pojawiło się 31 marca 1969 roku.

Pacyfistyczna książka Vonneguta, amerykańskiego pisarza i publicysty, tworzącego literaturę postmodernistyczną i science fiction, jest osobistym zapisem jego doświadczeń z czasów drugiej wojny światowej. Autor jest świadkiem i uczestnikiem bombardowania przez wojska alianckie Drezna z 13 na 14 lutego 1945, w czasie którego, podobnie jak pozostali amerykańscy jeńcy, znajdował się w tytułowej rzeźni numer pięć. ,,Chłodnia stanowiła doskonały schron. Jedynie od czasu do czasu sypało się wapno z sufitu. W schronie byli tylko Amerykanie [100 osób – przyp. niecodziennik], czterech strażników i kilka wypatroszonych tusz zwierzęcych. Pozostali strażnicy udali się przed nalotem w zacisze swoim domów w Dreźnie. Zginęli wszyscy razem z rodzinami”.

Książka Vonneguta to nie tylko gorzkie spostrzeżenia na temat kataklizmu, który przeszedł przez Drezno, dotknięte wojną praktycznie w przededniu jej końca. To zapis wspomnień, wrażeń i emocji, które odcisnęły trwałe piętno na psychice uczestników wojny. Vonnegut, poza retrospekcją, osobistym komentarzem i wątkami autobiograficznymi, koncentruje uwagę czytelnika na postaci jednego z tych, którzy przeżyli – Billy’ego Pilgrima.

Billy Pilgrim staje się łącznikiem między dokumentem, fikcją a fantastyką. Pilgrim wydaje się pogodzony z doświadczeniem wojny, żyje wraz z rodziną w swoim spokojnym, poukładanym świecie, jednak pewne zdarzenie doprowadza do otwarcia drzwi, które zdawały się zamknięte. Ba, nie tylko jednych drzwi. ,,Najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyłem się na Tralfamadorii, było to, że śmierć jest tylko złudzeniem. Człowiek żyje nadal w przeszłości, tak więc głupotą jest płakać na pogrzebie. Wszystkie chwile, przeszłe, obecne i przyszłe zawsze istniały i zawsze będą istnieć”. Billy żyje w kilku wymiarach jednocześnie i tak naprawdę nigdzie nie ma go do końca. Regularnie ,,wypada z czasu”. Raz jest w 1955, innym razem w 1941, wraca do 1963, by przenieść się do 1945 i tak cały czas. Podobieństwa do ostatnio przeczytanego Twardocha i jego Erwina Piontka? – ależ naturalnie. Skojarzenie, słowo, obraz potrafią w jednej chwili przenieść Billy’ego do innego miejsca, czasu i akcji. Wariactwo? Eskapizm? Trauma? Wyparcie? Apatia? A może wszystko, wszędzie i naraz? Swoją drogą mam pewne skojarzenia właśnie do filmu ,,Wszystko wszędzie naraz” z 2022 r., ale o tym może kiedy indziej.

,,Rzeźnia…” jest napisana w doskonałym stylu. Czarny humor wyostrza to, co autor zawiesza w powietrzu. Czytelnik wchodzi w grę, gdzie najbrutalniejsza śmierć zwyczajnie i bez zbędnego patosu komentowana jest beznamiętnym: ,,Zdarza się”, jak mówią Tralfamadorczycy. Przez całą książkę nawet raz nie zwilgotniały mi oczy, mimo że czuć jej ciężar i duży ładunek emocjonalny. Czyta się ją bardzo dobrze, ale niepokój, który wywołuje, pozostaje pod skórą jeszcze długo po jej skończeniu. To nie jest powieść monumentalna. Przeczytałam wydanie w formacie 11×18 cm, w sumie 179 stron. Pozorna lekkość formy, krótkie akapity, mała objętość książki nie przesłania tego, co autor chciał powiedzieć o wojnie, a w zasadzie o jej bezsensowności. ,,[Książka] jest taka cienka, rozwichrzona i bełkotliwa, […], bo trudno jest powiedzieć coś mądrego na temat masakry”. A jednak powiedzieć coś mądrego można, a nawet trzeba i ta powieść jest tego najlepszym przykładem.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 13.02.2025 na Facebooku.

Szczepan Twardoch ,,Powiedzmy, że Piontek”

,,To nie jest aż takie trudne, żeby nie pamiętać o tym, o czym nie chce się pamiętać. Upycha się tę pamięć niechcianą w jakiś głęboki kąt i ona tam jest, ale głęboko”.

Przeczytałam, odłożyłam, zamyśliłam się i w pierwszej chwili stwierdziłam: ,,ale pomieszanie z poplątaniem”. Mało konkretnie? Spieszę więc dodać, że moje ogólne wrażenie po przeczytaniu tej książki jest pozytywne. To nadal niewiele wyjaśnia…

No dobrze, muszę nadmienić, że nie sposób nie docenić zręcznej żonglerki czasem i przestrzenią w kontekście Erwina Piontka, bohatera/ów? powieści Szczepana Twardocha. Do rzeczy. Powiedzmy, że do rzeczy.

,,Powiedzmy, że Piontek” jest książką z gatunku tych, które wymykają się z rąk, gdy próbujemy upchnąć je do jednej, konkretnej szuflady. Ale też mówiąc szczerze, nie jest to okoliczność ułatwiająca jej opisanie czy zrecenzowanie. Sięgając po nią, spotkałam się z bardzo różnymi opiniami – od zachwytu nad literackimi umiejętnościami autora po rozczarowanie z powodu połączenia trzech niezłych, ale nie klejących się ze sobą opowiadań, które na przekór wszystkiemu złożono w jedną całość. W zależności więc od prywatnych upodobań, jako wady bądź zalety wymieniane są na jednym oddechu: przeskakiwanie z wątku na wątek, z historii na historię, z miejsca na miejsce. Osobiście zaintrygowała mnie zabawa formą, szczególnie wtedy, gdy autor wszedł w ożywioną, całkiem zabawną dyskusję ze swoim głównym bohaterem. Piontek dostaje głos, z którego bardzo chętnie korzysta, pisząc swoją opowieść i przekonując, że rolą autora w istocie jest tylko techniczne jej odtworzenie, bez wtrącania i ingerowania w historię bohatera. Taka ciekawa autorefleksja nad rolą pisarza w procesie tworzenia.

Całość przypomina szkło rozbite na 3 kawałki, przez które spoglądamy na tą samą a jednak inną postać. Erwin Piontek raz jest 73-letnim emerytowanym górnikiem, za chwilę marynarzem opływającym Ziemię po Zalewie Rybnickim, wywołującym niemałe poruszenie w prasie, telewizji i mediach społecznościowych, by w niedługim czasie przenieść czytelnika do roku 1905 do Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej i armii kolonialnej Cesarstwa Niemieckiego, w której służy. Następnie z przeszłości trafia do przyszłości, w której zostaje obsadzony w roli sobowtóra pewnego dyktatora. ,,Powiedzmy więc, że Erwin Piontek jest takim samym człowiekiem, ale świat, jaki dlań istnieje, istnieje inaczej, bo Erwin Piontek istnieje inaczej”. Wydarzenia i poszczególne wcielenia tak dalece ze sobą nie korespondują, że przez większość książki spodziewałam się zwrotu ,,i wtedy się obudził”. A czy się obudził? I czy w ogóle spał? Tu już odsyłam do lektury.

Ktoś o książce Twardocha powie: świeża, twórcza, ciekawa, nieoczywista. Ktoś inny stwierdzi: zawiła, przekombinowana, chaotyczna. I chociaż trudno włożyć ją w jakieś sztywne ramy, to gdybym miała podsumować ją jednym słowem, powiedziałabym: dziwna. Powiedzmy, że dziwna.

Biorąc pod uwagę fakt, że Twardoch jest z wykształcenia socjologiem, wcale nie zaskoczyłoby mnie, gdyby stanowiła ona całkiem przemyślany eksperyment społeczny. Może ma wywoływać skrajne emocje, wyrwać nas z wygodnych butów przewidywalności i utartych schematów? Być może ta forma nie trafi do wszystkich, ale jeśli lubisz Czytelniku książki ,,dziwne” w pozytywnym tego słowa znaczeniu, to szczerze polecam Ci tę pozycję.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 27.01.2025 na Facebooku.

Milan Kundera ,,Nieznośna lekkość bytu”

,,To wielka ulga zrozumieć, że jest się wolnym, że nie ma się żadnego powołania”.

Do tego, aby napisać kilka zdań o ostatnio przeczytanej książce, zabierałam się z mozołem i głową pełną wątpliwości. Czy w krótkim opisie właściwie oddam odczucia i wrażenia, które jeszcze nie ostygły po jej lekturze? Chciałabym możliwie najbardziej rzetelnie i konkretnie, ale jak, skoro emocje ciągle świeże i wywołujące milion pytań? Ale to właśnie te pytania zmotywowały mnie i przekonały, że ta książka zasługuje na uznanie, komentarz, wzmiankę czy choćby wspomnienie, które być może zachęci innych do jej przeczytania.

,,Nieznośna lekkość bytu” Milana Kundery to klasyka i arcydzieło literatury światowej z gatunku powieść, powiastka filozoficzna. Wydarzenia opisywane w książce są osadzone w Czechosłowacji 1968 roku z całym ówczesnym komunistycznym kolorytem, konsekwencjami politycznych decyzji, które odcisnęły swój znak na kraju i na osobistych losach jego mieszkańców. Kontekst historyczny stanowi jednak tylko tło dla głównych wątków powieści, takich jak rola przypadku w naszym życiu prywatnym czy zawodowym. Autor przywołuje ideę wiecznego powrotu Nietschego, przekonując, że ,,życie, które znika raz na zawsze i już nigdy nie wróci, podobne jest do cienia, nie ma żadnego ciężaru, jest martwe już w momencie narodzenia i jeśli nawet było piękne, straszne, wzniosłe, to jego piękno, rozpacz i wzniosłość nie mają żadnego znaczenia”.

Głównymi bohaterami są Tomasz i Teresa, wokół których kręcą się pozornie chaotycznie rozrzucone wątki. Postać Tomasza narodziła się z niemieckiego przysłowia ,,Einmal ist keinmal”, czyli to co zdarza się raz, jakby nie zdarzyło się nigdy. ,,Jeśli człowiek ma prawo tylko do jednego życia, to jakby nie żył w ogóle”. Czy należy jednoznacznie przyjąć, że książka stanowi pochwałę nihilizmu? Moim zdaniem nie do końca. Na przekór przypadkowości, która gra tu ważną rolę, bohaterowie jednak kreują swoje losy, w bardziej lub mniej udany sposób szukając i gubiąc drogę do szczęścia.

Kundera stawia przed nami ważne pytania:

Czy możemy potępić działania i ferować wyroki wobec faktu, że musimy podjąć decyzję bez możliwości próby i sprawdzenia innego wariantu?

Czy to, że działania przemijają, stanowi okoliczność łagodzącą dla wszystkich, które zostały podjęte?

Czy brak brzemienia, problemów, który daje człowiekowi uczucie lekkości pozbawia jego życie sensu?

Czy potrzebujemy dramatów, aby czuć się szczęśliwi? A może szczęście jest pragnieniem powtarzalności i przewidywalności?

Czy świadomość przemijalności życia stanowi dla nas lekkość czy ciężar bytu?

Kundera nie sili się na udzielenie jednej słusznej odpowiedzi. Nie przybiera tonu moralizatora, sędziego, który ogłosi wyrok i rozstrzygnie wynik sporu. I to chyba ta wieloznaczność, wielowątkowość, złożoność, w połączeniu z doskonałym piórem, decyduje o jej wielkości i ponadczasowości.

Dla mnie bardzo ważna książka.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 19.01.2025 na Facebooku.

Newer posts »