czyli między słowami a pikselami

Tag: Kocia kołyska

Kurt Vonnegut ,,Kocia kołyska”

,,Trzymajcie się z dala od człowieka, który pracował w pocie czoła nad rozwiązaniem jakiejś zagadki, rozwiązał ją i stwierdził, że nie jest mądrzejszy niż przedtem – powiada Bokonon. – Przepełnia go bowiem mordercza pogarda do ludzi, którzy są równie głupi jak on, ale nie doszli do swojej głupoty równie ciężką pracą”.

,,Kocią kołyskę” Kurta Vonneguta, opublikowaną w Polsce po raz pierwszy w 1963 roku, skończyłam czytać prawie miesiąc temu. I chociaż stos książek proszących o uwagę rośnie, to cały czas wracam do niektórych fragmentów, kartkuję, analizuję zaznaczone zdania – słowem – siedzi we mnie ta ,,Kocia kołyska”, towarzyszy mi nad wyraz często i nie mogę się z nią na dobre rozstać.

Zacznę od tego, że uwielbiam narrację pierwszoosobową, która tworzy ten magiczny pomost między narratorem a czytelnikiem. Już w pierwszych zdaniach przedstawia się nam John, który postanawia napisać książkę ,,Dzień, w którym nastąpił koniec świata”, dokumentującą, co robili wybitni Amerykanie w dniu, w którym zrzucono pierwszą bombę atomową na Hiroszimę. W tym celu nawiązuje kontakty i przeprowadza rozmowy z osobami z otoczenia nieżyjącego naukowca Feliksa Hoenikkera – laureata nagrody Nobla w dziedzinie fizyki i  jednego z twórców bomby atomowej oraz tajemniczej substancji określonej jako lód-9. John koresponduje z synem naukowca – Newtem. Później pozna pozostałe dzieci Feliksa Hoenikkera – Angelę i Franka, których Newt opisuje w liście.  

John udaje się do Laboratorium Badawczego Towarzystwa General Forge and Foundry w Ilium i przeprowadza wywiad z jego szefem – Asem Breedem. W wyniku dalszych okoliczności wyrusza na wymyśloną wyspę San Lorenzo, gdzie rządzi ,,Papa” Monzano, dyktator, który chce stworzyć utopię. Na wyspie John poznaje nową religię, czyli bokononizm, który głosi między innymi, że małe kłamstwa, nadają życiu sens. W dalszej części powieści uczestniczy w nieoczekiwanym splocie zdarzeń, związanych z wymknięciem się lodu-9 spod kontroli i jest świadkiem katastrofy.

Postać Felixa Hoenikkera była wzorowana na prawdziwych naukowcach: J. Robercie Oppenheimerze (który w rzeczywistości stworzył bombę atomową, ale w przeciwieństwie do Hoenikkera, czuł się załamany po zbombardowaniu Japonii) i Irvingu Langmuirze (beznamiętnym chemiku, laureacie Nagrody Nobla, który również pracował nad zasiewaniem kryształków lodu).

,,Kocia kołyska” łączy ze sobą politycal fiction, religię satyrę i fantastykę. Porusza ważny problem odpowiedzialności w tworzeniu wynalazków czy nowych techologii, a także drwi z utopii, z właściwą dla Vonneguta groteską, czarnym humorem i ironią.

Atutem narracji Vonneguta jest to, że prowadzi z czytelnikiem ciekawą rozmowę, prowadzącą do różnych wniosków i przemyśleń. Jak zwykle stawia pytania i jak zwykle nie ocenia. Dzięki temu trafia do czytelnika dużo bardziej niż poprzez moralizatorskie tony. Sprawom poważnym i trudnym towarzyszy humor, który tylko pozornie ma rozładować napięcie, w gruncie rzeczy potęgując absurd sytuacji.

,,Ku swojej wiecznej chwale i ku naszej wiecznej hańbie dzieci umierają, jak przystało na mężczyzn, umożliwiając nam w ten sposób męskie świętowanie patriotycznych uroczystości. Ale nie zmienia to faktu, że są zamordowanymi dziećmi. […] Możliwe, że obchodząc rocznice wojen powinniśmy rozbierać się do naga, malować się na niebiesko i przez cały dzień chodzić na czworakach, chrząkając jak świnie. Byłoby to na pewno właściwsze niż wzniosłe przemówienia i defilady sztandarów i dobrze naoliwionych armat”. (s. 195)

Vonnegut zmusza do refleksji, jaką rolę odgrywa narracja w tworzeniu sensu w świecie post-prawdy? Osobą, która przychodzi mi na myśl w kontekście podobieństw treści i formy jest Woody Allen, szczególnie jego ,,Bananowy czubek” czy ,,Purpurowa róża z Kairu”. To jest oczywiście bardzo luźne porównanie, ale zauważam różne analogie. Swoją drogą, ciekawe czy ci dwaj amerykańscy twórcy, mieszkający w tym samym czasie w Nowym Jorku, kiedykolwiek się spotkali? Co prawda, Vonnegut nie żyje od 18 lat, ale Allen, który obecnie liczy 90 i urodził się 13 lat po Vonnegucie, miał szansę poznać a może nawet zainspirować się jego stylem? Kto wie?

,,Od czterech tysięcy lat albo dłużej dorośli splatają zawiłe pętle ze sznurków przed nosem swoich dzieci. […] – Nic dziwnego, że dzieci wyrastają potem na wariatów. Kocia kołyska to tylko kilka iksów ze sznurka pomiędzy czyimiś palcami i dzieciak patrzy, i patrzy na te iksy… – I co? – I nic. Nie ma żadnego cholernego kota, żadnej cholernej kołyski”. (s. 129)

Fragmenty pochodzą z książki wydanej w 1994 – Wydawnictwo Da Capo, przełożył Lech Jączmyk.

Ważne książki po latach

Jak czytamy ważne dla nas książki po latach? Jakie wywołują w nas emocje, wrażenia? Czy związane z tym wspomnienia dodają im uroku czy raczej uświadamiają o nieuchronnym przemijaniu i o tym, jak bardzo zmienia się nasz punkt widzenia na wiele spraw? A może wcale się nie zmienia? Co jeszcze z nami rezonuje, a co bezpowrotne przeminęło i spadło z naszego literackiego panteonu?

Wczoraj planowałam napisanie recenzji ,,Kociej kołyski” Kurta Vonneguta, którą chcę opublikować w listopadzie na otwarcie nowego cyklu recenzji, związanej z powstaniem tego bloga. Vonnegut to jeden z autorów, którzy w swoim czasie ,,robili hałas”, a dziś poddawani są krytyce, dyskusji czy ich książki nadal się bronią czy też trącą banałem i przeciętnością. I nie jest to bynajmniej wpis o Vonnegucie, ale o zjawisku, które wywołało moje zaciekawienie, odsuwając napisanie recenzji na drugi plan.

Upływ czasu a odbiór

Czasem słyszę, że ważna dla kogoś lektura, po ponownym z nią zetknięciu, wywołuje w czytelniku pewien rodzaj rozczarowania i zadziwienia nad jej wcześniejszym odbiorem. Gdzieś ginie pierwsze, silne wrażenie a dotychczasowy blask przygasa. Zaczyna się postrzeganie przez pryzmat kolejnych książek, może zręczniej napisanych, może bardziej aktualnych, tych z tu i teraz. Oczywiście nie mówię o dowolnych książkach. Mam na myśli te superważne pozycje, które w oczach odbiorcy, po pewnym czasie stają się zupełnie przeciętne. A przecież, gdyby nie zostały ponownie przeczytane, zachowałyby swój dotychczasowy smak i uczucia, jakie towarzyszyły czytelnikowi po pierwszym spotkaniu.

Czy warto wracać do ważnych książek po latach?

Chętnie przysłuchuję się wszystkim opiniom, które padają na spotkaniach grupy czytelniczej, do której należę. Bardzo lubię te nasze rozmowy, wymianę myśli, spostrzeżeń. Każda opinia jest dla mnie cenna, nawet, a może zwłaszcza ta, która jest totalnie inna od mojej. Nieustannie uczę się tu pokory i szacunku do innego punktu widzenia niż mój. Szalenie polecam udział w takich grupach, to bardzo cenne doświadczenie. Zauważam jednak, że w stosunku do opinii, że ,,kiedyś to była książka, a dziś to już nie jest to co wtedy”, stoję na zupełnie innym biegunie. Może to nie jest idealne porównanie, ale przypomina mi to żartobliwe zdanie przeczytane w Internecie, że ,,kiedyś to były czasy, dziś już nie ma czasów”.

Osobiste wrażenia

Myślę o tym, czy książki, które czytałam są nadal spójne z moją wrażliwością? Czy moje wybory były na tyle trafione, że dziś nie są rozczarowujące? Czy mój sposób odbioru zawartej w niech treści się nie zmienił? A może uległ zmianie, ale nie na tyle, żeby tę książkę zjechać czy zmienić jej miejsce na półkę z kategorią ,,mniej ważne”? Może moja sentymentalna natura albo tendencja do romantyzowania przeszłości, a tym samym okoliczności, w których odczytywałam daną książkę, grają tu rolę? Nie wiem tego do końca, ale pewnie w każdym z powyższych zapytań, jest zawarte ziarenko odpowiedzi, inaczej nie przyszłyby mi do głowy.

Wybitny czy przeciętny?

Poranną kawę rozpoczęłam z dylematem: Czy fascynacja stylem autora, który robił na kimś wrażenie i nagle przestał, świadczy o mądrości i dojrzałości czytelnika czy o jego wcześniejszym złym guście i braku literackiego wyrobienia? Rzucam to pytanie w przestrzeń, bo rzadko wracam do raz przeczytanych książek, a te, do których mi się zdarza, nigdy mnie nie rozczarowały. Z moich obserwacji i rozmów wynika, że inni mają często przeciwne doświadczenia. Towarzyszy im poczucie rozczarowania i zaskoczenia, cóż takiego wcześniej wzbudzało ich entuzjazm? Ja raczej zachwycę się ponownie, chociaż czasem z innych względów, na co innego zwracając uwagę. To albo świadczy o mojej niedojrzałości czytelniczej albo wręcz przeciwnie – o umiejętności zachowania młodzieńczego punktu widzenia i zachwytu, mimo upływu czasu. W końcu, dlaczego miałabym umniejszać książkom przeczytanym we wcześniej młodości? Niektóre tak naprawdę zrozumiałam dopiero po latach.

Nie ma się czego wstydzić

Dlaczego jest tak, że zaczynamy wstydzić się tego, co nami zawładnęło, co wywołało dreszcz emocji i niejednokrotnie było źródłem inspiracji dla własnej szufladowej twórczości? Po przeczytaniu ,,Buszującego w zbożu” ponad 20 lat temu, zaczęłam z większą systematycznością pisać swój pamiętnik, współodczuwałam z autorem, miałam swoje egzystencjalne dylematy. Pisanie stało się dla mnie formą ekspresji, sposobem na wyrażenie siebie i w zasadzie tak jest do dziś. Oczywiście, że dzisiaj czytam ją inaczej, ale wciąż patrzę z sentymentem i zrozumieniem. Mam ochotę powiedzieć, że też czułam ból istnienia, wewnętrzne rozdarcie, niesprawiedliwość czy samotność w tłumie. Konia z rzędem temu, kto powie, że jako nastolatek czuł się zawsze akceptowany i rozumiany, z wysokim poczuciem własnej wartości. Zawsze wiedział, co chce robić w życiu i  nigdy nie zawahał się przed obraniem określonej ścieżki? W gruncie rzeczy czy wiedzą to wszyscy dorośli albo chociaż większość z nas? Czasem po latach wstydzimy się swoich młodzieńczych fascynacji. Sami przed sobą wydajemy się śmieszni i naiwni. Niektóre powroty do książek podsumowujemy zdaniem:  ,,Co ja w niej widziałam/widziałem?”.

A mówią, że stara miłość nie rdzewieje.