,,Ludzie jadą pociągami w tłoku i ścisku, nie znając celu swojej podróży. Są jak pies, który chce złapać własny ogon – powiedział Mały Książę. I dodał: – To ich do niczego nie prowadzi…”

Wakacje wciąż jeszcze żywe we wspomnieniach, znacznie wygodniej rozgaszczają się w czasie przeszłym i przyszłym, coraz mniej rezonując z czasem teraźniejszym. Nieuchronny upływ czasu. Przełom sierpnia i września wzbudza pewien rodzaj nostalgii oraz skłania mnie do powrotów. Również tych literackich.

Dwie tak inne, a jednak podobne pozycje: ,,Mały Książę” i ,,Stary człowiek i morze”. Antoine de Saint-Exupery i Ernest Hemingway. Na marginesie, panowie osobiście spotkali się w walczącej Hiszpanii w marcu 1937 roku. Obie książki są niedużych rozmiarów, a jednak ważne i wielkie w przekazie. Mimo skromnej ilość stron, bogate w treści i znaczenia, które zostają z czytelnikiem długo po ich lekturze.

Po kilkukrotnym przeczytaniu obu, na przestrzeni ponad dwudziestu lat, wywołują we mnie nieustanny zachwyt. Prosto, szczerze i bezpretensjonalnie mówią o uczuciach, działaniach podyktowanych instynktem i płynących z potrzeby serca, o jasnych motywach, wynikających z poczucia godności, o szacunku do przyrody, o odpowiedzialności i ponoszeniu konsekwencji za swoje decyzje. W końcu, bez zbędnego patosu czy taniego romantyzowania, traktują o życiu i śmierci. Mimo tęsknoty i przeciwności losu, pokazują odwagę do podejmowania samotnych podróży, również, a może zwłaszcza tych w głąb samego siebie.

Santiago czwartej nocy od opuszczenia lądu, dopływa w końcu na brzeg. Wyczerpany, ledwo trzymający się na nogach, powoli i z przerwami zmierzający do swojego domu. Kogo widzę? Czy patrzę na niego z żalem i litością? Czy odnajduję człowieka przegranego, który po wyczerpującej walce na morzu, dociera zaledwie ze szkieletem po ogromnym marlinie?

Otóż nie. Widzę wyraźnie Santiago El Campeon w swoich najlepszych latach, w szynku w Casablance, który kładzie na rękę najsilniejszego człowieka w porcie. Widzę kogoś, kto wypłynął jako zgaszony starzec a powrócił jako mężczyzna, który na morzu odzyskał swoją godność. Nie słyszę już drwin lokalnej społeczności Hawany. Nie odnajduję upokarzającego współczucia. Nie słyszę zakazów kierowanych od rodziców do Manolina, aby nie płynął na pechowej łodzi. Nie widzę nic, co stary człowiek miałby udowadniać komuś innemu czy sobie. Rejestruję ciszę na morzu, kontemplację, skupienie, umiejętność bycia sam na sam z naturą, podporządkowanie się jej prawom, które bywają brutalne i trudno, bo takie jest życie. Widzę odwagę i gotowość do walki o swoje marzenia oraz akceptację tego, co mimo wysiłków nie pozwala osiągnąć zamierzonego celu. Zdeterminowanie i podjęcie trudnych decyzji. Droga do celu, która staję się osobną historią, zmienia punkt widzenia, otwiera na nowe horyzonty, pozwala spojrzeć na sprawy z szerszej perspektywy. Podróż, która jest metaforą powrotu do siebie.

A Mały Książę? Odważny, lojalny, wrażliwy, troskliwy, małomówny, zdeterminowany chłopiec. To w podróży odkrył wyjątkowość i niepowtarzalność swojej Róży, którą kochał. Dzięki podróży poznał Lisa, którego oswoił i pilota, z którym nawiązał więź. Wylądował na Ziemi i z tego miejsca się ewakuował. Na swoich zasadach, tak jak zaplanował. Na kartach obu książek padło tyle ważnych słów, tyle cennych lekcji. Dwie najważniejsze, spośród tych, do których nieustannie wracam i które ciągle odkrywam:

,, – Bądź zdrów – odparł Lis. – A oto moja tajemnica, jest bardzo prosta: Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest to, co niewidoczne dla oczu”.

,,Człowiek nie jest stworzony do klęski – powiedział. – Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać. Żal mi jednak, że zabiłem tę rybę – pomyślał. […] – Nie myśl, stary – powiedział na głos. – Płyń po kursie i przyjmij to, co przyjdzie”.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 10.09.2025 na Facebooku.