Dlaczego byłam zła nie tylko na zielono?

Dowiedziałam się, że pewna autorka napisała książkę o sobie i swoje córce w spektrum autyzmu. Książka się spodobała, zrobiła niemałe zamieszanie na rynku wydawniczym, zebrała świetne recenzje wśród czytelników i krytyków oraz zgarnęła kilka ważnych nagród w tym ,,Nike 2025″.

Najpierw byłam zła i to nie tylko na zielono. Zła, że Ącka (tak, Ącka) ukradła mi temat, że wydarła mi tyle wspomnień, opisała moje/nasze doświadczenia, że oczywiście dzielą nas różne historie, miejsca, ludzie, których spotkałyśmy po drodze, ale generalnie czytam i mam nieodparte wrażenie, jakby ktoś wkradł się do mojego zahasłowanego pliku, do moich odręcznych notatek, a najbardziej do mojej głowy, bo przecież więcej spraw pozostawiłam niezapisanych. Tych spisanych zgromadziłam tak naprawdę niewiele. Nie umiałam znaleźć im właściwych słów, zebrać myśli, nazwać, opakować w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy, a gdy emocje opadły to często nie miałam siły ani chęci, żeby znów to analizować, wracać,  opisywać. Grzebać w czymś, co zdawało się odłożone grzecznie w przeszłości do szuflady spraw zamkniętych albo chociaż odroczonych.

I wtedy weszła ona, cała na biało ze swoim ,,Wczoraj byłaś zła na zielono”. Czytałam w papierze, ale głównie słuchałam audiobooka, który czytała sama autorka. To dla mnie zawsze wartość dodana do lektury. I w miarę jak słuchałam przestawałam być zła a zaczęłam czuć podziw i wdzięczność. Szczerze mówiąc ta podkoloryzowana na początku ,,złość” minęła zaraz po pierwszych stronach, bo już wstęp rozłożył mnie na łopatki. Potem było jeszcze ciekawiej.

Dlaczego jestem wdzięczna za tę książkę?

Po pierwsze uświadomiłam sobie, że temat nie jest i nigdy nie będzie wyczerpany, a historia wcale nie kończy się na ostatniej stronie. Ani dla mnie ani dla niej.

Po drugie, że nigdy nie napiszę takiej książki. Żadnych umizgów i fałszywej skromności, po prostu w tej chwili wydaje mi się to za duży kaliber emocjonalny, że o zebraniu się w sobie, żeby stworzyć jakąś sensowną treść z początkiem i końcem nie wspomnę. Nie wiem, co miałoby być początkiem, a co końcem. Dziś nie potrafię tego objąć w żadne ramy.

Po trzecie, przepiękny styl pisarki, plastyczność nadawania kształtu obrazom, które ja w werbalnym przekazie umiałabym pokazać, co najwyżej jak rozmytą akwarelę. Z moją skłonnością do rozwlekania zdań, do dłużyzny. Tam z kolei jest barwa. Konkret. Żadnych zbędnych słów, żadnego użalania się, obwiniania świata. Matka, która próbuje zbliżyć się do świata córki, jednocześnie chroniąc ją i przygotowując na nieuniknioną konfrontację z tym, który ją otacza. Stąpanie po linie bez zabezpieczeń. Stąpa, bo czuje, że tak trzeba. Idzie dzielnie z córką za rękę, bo uznaje to za swoją powinność.

Jest cichą bohaterką, chociaż sama tak o sobie nie pisze, a czasem wydaje się być sama przed sobą niewystarczająca. To są bardzo dotykające mnie fragmenty. Tak bardzo ją rozumiem, tak bardzo chcę ją wziąć za rękę i powiedzieć, że nie jest z tym sama. Ona, ówczesna doktorantka na uniwersytecie, zostaje rozegrana przez dziewczynki z piaskownicy. Cała edukacja, wszystkie mądre książki i eseje odchodzą na bok, gdy od kilkulatki pada pytanie: ,,Czy ona jest normalna?”.

Po czwarte nie uwierzyłabym, że można równie mocno odczuć czyjąś osobistą historię i móc tak bardzo porównać ją do swojej. Że cudza rzeczywistość w tej materii, mimo, że odmienna, może być dla mnie tak znajoma, podobna i bliska.

Każdy z nas jest książką

Nie każdy ma dar nazywania i opisywania rzeczy takimi, jakimi są czy też takimi, jakimi się wydają. Nie każdy z nas jest pisarzem. Nie każdy z nas chce opowiadać swoją historię. Bywa, że najważniejsze zdania to te, które zostają niewypowiedziane. A czasem potrzebujemy przeczytać u kogoś naszą historię, aby wyzbyć się poczucia wyalienowania i osamotnienia.  

Jestem przekonana, że każdy człowiek, bez wyjątku, niesie własną książkę w swoim przyciężkim plecaku. Kaliber lektury może być różny. Każde życie to gotowy temat na dramat, komedię, thriller, nowelę, esej, poezję czy fantastykę, czasem wszystko na raz. Nawet jeśli nie potrafimy się sami opowiedzieć. W mniejszych i większych proporcjach, z różnymi domieszkami, stanowimy gatunek synkretyczny. Ktoś powie, że jego historia jest ważniejsza, trudniejsza, bardziej skomplikowana. Nikomu nie odbieram prawa odczuwania tego, co mu bliższe. Sama piszę bardzo subiektywnie, nie siląc się na reporterski ton. To nie moja bajka i nie moja półka.

Gdybym była dziennikarką, pisałabym pewnie, jak ten facet z filmu ,,Marley i ja”, licząc na to, że mój szef będzie to akceptował i dopingował mnie do napisania kolejnego felietonu, w którym przemycę prywatę. Natomiast ,,Wczoraj byłaś… ” to jest ,,moja” książka, to ,,moja” historia i dorzucam ją do swojego plecaka, jak bardzo ciężki by nie był.

Zapiski z zeszytu

W zeszycie, po skończeniu lektury, napisałam skojarzenia dotykające przeszłości:

,,Te same ubrania, przeplatane tymi samymi potrawami. Te same ścieżki, przecinające te same książeczki, bajki i zabawki. Te same rytuały, chodzące w parze z tymi samymi zdaniami. Te same pytania, kroczące z tymi samymi klockami. Ta sama obojętność na kontakt z innymi dziećmi. Ten sam bunt i wybuchy gniewu, gdy ktoś chciałby wziąć wiaderko w piaskownicy. Te same rzeczy, te same postacie z bajek, te same kolory, te same słowa. Dzieciństwo, które ewoluuje, ale na trwale zapisuje się w pamięci. Doświadczenia, które pozornie umykają. Szuflady wypełnione rysunkami, liczone w ryzach papierów. Szuflady, które od dawna były zamknięte na klucz. Otworzyła Kącka”.

Dodam, że do tej kolekcji dochodzą dziś inne szuflady, inne rytuały, inne wyzwania, inne zmartwienia, zachowania i pytania. Jeden rozdział się kończy, drugi zaczyna. Historia się pisze.

Wracam do ,,Nike”

Książka Elizy Kąckiej otrzymała w zeszłym roku podwójną nagrodę ,,Nike” – od jury i od czytelników. To wielkie wyróżnienie i ogromny powód do dumy. To pozycja, która z powodów osobistych zawsze będzie miała na mojej półce szczególne miejsce.

Jestem szczęśliwa i wdzięczna, że powstała i może trafić do szerokiego grona odbiorców. Zarówno tych, którzy znają temat spod własnej strzechy, jak i tych, który nie mieli z nim nigdy do czynienia, chociaż o to statystycznie coraz trudniej. Doceniam szczególnie jej autentyczność, nie nakładanie filtrów poprawności, nie obwinianie świata i na pewno nie próbę dostosowania otoczenia do innego sposobu myślenia dziecka.

Rzeczywistość autorki i jej córki, to nie jest walka przeciw całemu światu, to raczej próba mądrej symbiozy. To systematyczne i nieugięte szukanie nowych ścieżek, mimo rytualnego wydreptywania dotychczasowych. Nieustanna praca nad komunikacją i chęć poznania innego sposobu widzenia, nawet jeśli to piekielnie trudne. To kontakt z przyrodą i naturą, z którą Ruda tak dobrze się rozumie.

Neuroróżnorodność

Nagroda od czytelników nie pozostawia żadnych wątpliwości. Chyba nie ma dla autora większego wyróżnienia. A jak było z nagrodą od jury? Czy słusznie uhonorowaną tę książkę, bo jest wybitna i warta tej nagrody czy też dlatego, że udało jej się akurat wstrzelić w modny temat neuroróżnorodności? To nie jest żaden zarzut czy pretensja. Zwyczajnie, z wrodzonej ciekawości, stawiam pytanie. Ktoś powie: po co? Uważam, że w żadnej materii nadmiar nie jest wskazany i może wyrządzić więcej szkody niż pożytku.

Próby dopasowania się do aktualnych trendów i modnych haseł takich jak neuroróżnorodność, mogą odnieść odwrotny skutek od zamierzonego. Zamiast przybliżać, można skutecznie zniechęcić odbiorcę do zagłębienia się w temat. Ale nie w przypadku tej książki. Siłą ,,Wczoraj byłaś…” jest jej autentyczność i ucieczka od dawania złotych rad, których… nie ma.

Czasem pozostaje nam intuicja, uważność, działanie zgodnie z wewnętrznymi przekonaniami, posłuchanie wewnętrznego głosu, obserwowanie, upadanie, podnoszenie się, upadanie, dwa kroki w przód, jeden do tyłu. Nikt nie da nam gotowego rozwiązania, co robić. Nawet jeśli mamy mądrych ludzi wokół siebie, lekarzy, specjalistów, rodzinę to przecież oni też nie są wszechwiedzący, nie dadzą nam odpowiedzi na wszystkie pytania i skutecznego rozwiązania każdego problemu.

Warto słuchać, ale warto przy tym nie wyłączać swojego serca i rozumu, które niestety też błądzi jak we mgle i które się uczy na błędach. To jest coś, z czym się utożsamiam i co po tej książce zostaje ze mną najbardziej. 

List w butelce

Otrzymała Pani Nike i chociaż ta wiadomość najprawdopodobniej do Pani nie dotrze, a na pewno nie wprost, bo to by było zbyt proste, to chcę powiedzieć, że wydaje mi się, że wiem, jak się Pani czuła, nawet, gdy dzielnie czytała Pani fragmenty swojej książki, które powodowały u mnie retrospekcje i łzy. Była Pani silna i odważna, ale ja jestem słaba i pozwoliłam sobie płakać za nas obie. Jak przy tej szkolnej łazience, którą też doskonale pamiętam i na placu zabaw, i na tych samych ścieżkach pokonywanych w tej samej kolejności i z tym samym rytuałem zerwania kwiatka do spacerówki, i na porodówce, z której mogliśmy nie wyjść. Nie chcę spłycać niczego do kilku rzuconych na prędce przykładów. Chcę tylko powiedzieć, że intuicyjnie wyczuwałam momenty, w których Pani głos się zmieniał i powodował, że chciałam Panią przytulić. Tak zwyczajnie. Nie jako wspaniałą pisarkę, która zasłużenie otrzymała podwójną ,,Nike”, nie jako intelektualistkę, która do swoich sukcesów doszła ogromną pracą, wysiłkiem, pobudkami o trzeciej w nocy, ale jako dziewczynę, której nikt nie powiedział, co ją czeka, co ma robić i której nikt nigdy nie da gwarancji, że wszystko dobrze się ułoży. Jakoś się oczywiście układa, bo życie pisze się dalej. O Was, o nas, o innych. Z tymi i innymi wyzwaniami. W oficjalnych publikacjach, w prywatnych zapiskach, w nieutrwalonych zdaniach. Niech fabuła codzienności przynosi szczęśliwe zakończenia, a rozdziałów niemocy i zwątpienia będzie znacznie mniej niż tych niosących radość i nadzieję. Tego z całego serca Ci życzę Pingwin i Rudej. I wszystkim Pingwinom i wszystkim Rudym na świecie.