,,To nie jest aż takie trudne, żeby nie pamiętać o tym, o czym nie chce się pamiętać. Upycha się tę pamięć niechcianą w jakiś głęboki kąt i ona tam jest, ale głęboko”.
Przeczytałam, odłożyłam, zamyśliłam się i w pierwszej chwili stwierdziłam: ,,ale pomieszanie z poplątaniem”. Mało konkretnie? Spieszę więc dodać, że moje ogólne wrażenie po przeczytaniu tej książki jest pozytywne. To nadal niewiele wyjaśnia…
No dobrze, muszę nadmienić, że nie sposób nie docenić zręcznej żonglerki czasem i przestrzenią w kontekście Erwina Piontka, bohatera/ów? powieści Szczepana Twardocha. Do rzeczy. Powiedzmy, że do rzeczy.
,,Powiedzmy, że Piontek” jest książką z gatunku tych, które wymykają się z rąk, gdy próbujemy upchnąć je do jednej, konkretnej szuflady. Ale też mówiąc szczerze, nie jest to okoliczność ułatwiająca jej opisanie czy zrecenzowanie. Sięgając po nią, spotkałam się z bardzo różnymi opiniami – od zachwytu nad literackimi umiejętnościami autora po rozczarowanie z powodu połączenia trzech niezłych, ale nie klejących się ze sobą opowiadań, które na przekór wszystkiemu złożono w jedną całość. W zależności więc od prywatnych upodobań, jako wady bądź zalety wymieniane są na jednym oddechu: przeskakiwanie z wątku na wątek, z historii na historię, z miejsca na miejsce. Osobiście zaintrygowała mnie zabawa formą, szczególnie wtedy, gdy autor wszedł w ożywioną, całkiem zabawną dyskusję ze swoim głównym bohaterem. Piontek dostaje głos, z którego bardzo chętnie korzysta, pisząc swoją opowieść i przekonując, że rolą autora w istocie jest tylko techniczne jej odtworzenie, bez wtrącania i ingerowania w historię bohatera. Taka ciekawa autorefleksja nad rolą pisarza w procesie tworzenia.
Całość przypomina szkło rozbite na 3 kawałki, przez które spoglądamy na tą samą a jednak inną postać. Erwin Piontek raz jest 73-letnim emerytowanym górnikiem, za chwilę marynarzem opływającym Ziemię po Zalewie Rybnickim, wywołującym niemałe poruszenie w prasie, telewizji i mediach społecznościowych, by w niedługim czasie przenieść czytelnika do roku 1905 do Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej i armii kolonialnej Cesarstwa Niemieckiego, w której służy. Następnie z przeszłości trafia do przyszłości, w której zostaje obsadzony w roli sobowtóra pewnego dyktatora. ,,Powiedzmy więc, że Erwin Piontek jest takim samym człowiekiem, ale świat, jaki dlań istnieje, istnieje inaczej, bo Erwin Piontek istnieje inaczej”. Wydarzenia i poszczególne wcielenia tak dalece ze sobą nie korespondują, że przez większość książki spodziewałam się zwrotu ,,i wtedy się obudził”. A czy się obudził? I czy w ogóle spał? Tu już odsyłam do lektury.
Ktoś o książce Twardocha powie: świeża, twórcza, ciekawa, nieoczywista. Ktoś inny stwierdzi: zawiła, przekombinowana, chaotyczna. I chociaż trudno włożyć ją w jakieś sztywne ramy, to gdybym miała podsumować ją jednym słowem, powiedziałabym: dziwna. Powiedzmy, że dziwna.
Biorąc pod uwagę fakt, że Twardoch jest z wykształcenia socjologiem, wcale nie zaskoczyłoby mnie, gdyby stanowiła ona całkiem przemyślany eksperyment społeczny. Może ma wywoływać skrajne emocje, wyrwać nas z wygodnych butów przewidywalności i utartych schematów? Być może ta forma nie trafi do wszystkich, ale jeśli lubisz Czytelniku książki ,,dziwne” w pozytywnym tego słowa znaczeniu, to szczerze polecam Ci tę pozycję.
Ten tekst został pierwotnie opublikowany 27.01.2025 na Facebooku.

