czyli między słowami a pikselami

Autor: Justyna (Page 2 of 4)

Kurt Vonnegut ,,Kocia kołyska”

,,Trzymajcie się z dala od człowieka, który pracował w pocie czoła nad rozwiązaniem jakiejś zagadki, rozwiązał ją i stwierdził, że nie jest mądrzejszy niż przedtem – powiada Bokonon. – Przepełnia go bowiem mordercza pogarda do ludzi, którzy są równie głupi jak on, ale nie doszli do swojej głupoty równie ciężką pracą”.

,,Kocią kołyskę” Kurta Vonneguta, opublikowaną w Polsce po raz pierwszy w 1963 roku, skończyłam czytać prawie miesiąc temu. I chociaż stos książek proszących o uwagę rośnie, to cały czas wracam do niektórych fragmentów, kartkuję, analizuję zaznaczone zdania – słowem – siedzi we mnie ta ,,Kocia kołyska”, towarzyszy mi nad wyraz często i nie mogę się z nią na dobre rozstać.

Zacznę od tego, że uwielbiam narrację pierwszoosobową, która tworzy ten magiczny pomost między narratorem a czytelnikiem. Już w pierwszych zdaniach przedstawia się nam John, który postanawia napisać książkę ,,Dzień, w którym nastąpił koniec świata”, dokumentującą, co robili wybitni Amerykanie w dniu, w którym zrzucono pierwszą bombę atomową na Hiroszimę. W tym celu nawiązuje kontakty i przeprowadza rozmowy z osobami z otoczenia nieżyjącego naukowca Feliksa Hoenikkera – laureata nagrody Nobla w dziedzinie fizyki i  jednego z twórców bomby atomowej oraz tajemniczej substancji określonej jako lód-9. John koresponduje z synem naukowca – Newtem. Później pozna pozostałe dzieci Feliksa Hoenikkera – Angelę i Franka, których Newt opisuje w liście.  

John udaje się do Laboratorium Badawczego Towarzystwa General Forge and Foundry w Ilium i przeprowadza wywiad z jego szefem – Asem Breedem. W wyniku dalszych okoliczności wyrusza na wymyśloną wyspę San Lorenzo, gdzie rządzi ,,Papa” Monzano, dyktator, który chce stworzyć utopię. Na wyspie John poznaje nową religię, czyli bokononizm, który głosi między innymi, że małe kłamstwa, nadają życiu sens. W dalszej części powieści uczestniczy w nieoczekiwanym splocie zdarzeń, związanych z wymknięciem się lodu-9 spod kontroli i jest świadkiem katastrofy.

Postać Felixa Hoenikkera była wzorowana na prawdziwych naukowcach: J. Robercie Oppenheimerze (który w rzeczywistości stworzył bombę atomową, ale w przeciwieństwie do Hoenikkera, czuł się załamany po zbombardowaniu Japonii) i Irvingu Langmuirze (beznamiętnym chemiku, laureacie Nagrody Nobla, który również pracował nad zasiewaniem kryształków lodu).

,,Kocia kołyska” łączy ze sobą politycal fiction, religię satyrę i fantastykę. Porusza ważny problem odpowiedzialności w tworzeniu wynalazków czy nowych techologii, a także drwi z utopii, z właściwą dla Vonneguta groteską, czarnym humorem i ironią.

Atutem narracji Vonneguta jest to, że prowadzi z czytelnikiem ciekawą rozmowę, prowadzącą do różnych wniosków i przemyśleń. Jak zwykle stawia pytania i jak zwykle nie ocenia. Dzięki temu trafia do czytelnika dużo bardziej niż poprzez moralizatorskie tony. Sprawom poważnym i trudnym towarzyszy humor, który tylko pozornie ma rozładować napięcie, w gruncie rzeczy potęgując absurd sytuacji.

,,Ku swojej wiecznej chwale i ku naszej wiecznej hańbie dzieci umierają, jak przystało na mężczyzn, umożliwiając nam w ten sposób męskie świętowanie patriotycznych uroczystości. Ale nie zmienia to faktu, że są zamordowanymi dziećmi. […] Możliwe, że obchodząc rocznice wojen powinniśmy rozbierać się do naga, malować się na niebiesko i przez cały dzień chodzić na czworakach, chrząkając jak świnie. Byłoby to na pewno właściwsze niż wzniosłe przemówienia i defilady sztandarów i dobrze naoliwionych armat”. (s. 195)

Vonnegut zmusza do refleksji, jaką rolę odgrywa narracja w tworzeniu sensu w świecie post-prawdy? Osobą, która przychodzi mi na myśl w kontekście podobieństw treści i formy jest Woody Allen, szczególnie jego ,,Bananowy czubek” czy ,,Purpurowa róża z Kairu”. To jest oczywiście bardzo luźne porównanie, ale zauważam różne analogie. Swoją drogą, ciekawe czy ci dwaj amerykańscy twórcy, mieszkający w tym samym czasie w Nowym Jorku, kiedykolwiek się spotkali? Co prawda, Vonnegut nie żyje od 18 lat, ale Allen, który obecnie liczy 90 i urodził się 13 lat po Vonnegucie, miał szansę poznać a może nawet zainspirować się jego stylem? Kto wie?

,,Od czterech tysięcy lat albo dłużej dorośli splatają zawiłe pętle ze sznurków przed nosem swoich dzieci. […] – Nic dziwnego, że dzieci wyrastają potem na wariatów. Kocia kołyska to tylko kilka iksów ze sznurka pomiędzy czyimiś palcami i dzieciak patrzy, i patrzy na te iksy… – I co? – I nic. Nie ma żadnego cholernego kota, żadnej cholernej kołyski”. (s. 129)

Fragmenty pochodzą z książki wydanej w 1994 – Wydawnictwo Da Capo, przełożył Lech Jączmyk.

Jesień w dźwiękach i obrazach

Jesień to dla mnie wyjątkowo korzystny czas na częste spotkania z dobrą książką, muzyką czy filmem. Nieodzownym atrybutem staje się ciepła herbata i koc, a pochrapywanie dochodzące spod koca, przypomina o obecności czworonożnego towarzystwa, pełniącego dodatkowo funkcję grzejnika. Krótki dzień i niesprzyjające warunki atmosferyczne usprawiedliwiają mniejszą aktywności w ogrodzie. Szare dni potrafią chwytać w pułapkę smutku, lecz widok natury obleczonej w złoto i czerwień wzbudza zachwyt. Nawet jeśli wieje i leje, ciepło kominka przynosi ulgę i wytchnienie, a wieczorne spacery po cmentarzu, wywołują nostalgię i wspomnienia. A więc listopad. Z otwartymi ramionami witam czas pozytywnego spowolnienia.

,,Światła miasta” wczoraj i dziś

Jest trochę jak 25 lat temu na płycie Grammatika: ,,Ja stanąłem, ale świat dalej pędził”. Świat pędzi nadal i pewnie zawsze tak będzie, ale mimo to, uważam, że prawdziwa sztuka powinna być odporna na ten pęd i zmienność trendów. Wydana 30.10.2020 płyta ,,Światła miasta” należy do sztuki ponadczasowej i w moim rankingu od ćwierć wieku jest w absolutnej topce. To jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza płyta mojego życia. Stanowi dowód, że nieśmiertelność idzie w parze z jakością. Wiem, że nie wszyscy ludzie zadowalają się bylejakością. Bylejakość oczywiście jest bardziej nośna i zauważalna. Ktoś robi karierę na sprzedawaniu całej dupy w Internecie, inny na ośmieszaniu się niewiedzą w reality show, ktoś pobije się za grube pieniądze, a ktoś inny zapomni założyć bielizny na ważny event. Ludzie o wątpliwej reputacji i nieciekawej przeszłości stają się idolami mas. Autorytety nie szokują, są spokojne i nie rozpychają się łokciami. Wiedza ginie w krzyku populizmu. Od samozwańczych ekspertów dowiesz się, jak żyć i co myśleć, bo może sam nie potrafisz. To się klika, to się promuje i to robi zasięgi. To się po prostu sprzedaje.

Być czy mieć?

Na drugim biegunie są odbiorcy, którzy szukają innego kontentu, czegoś wartościowego, użytecznego, pomocnego, rozwijającego. Głodni wiedzy, podpartej badaniami, przekazywanej przez ciekawych, mądrych ludzi. Dyskutujący na ważne tematy, z pasją, zainteresowaniami, ambicjami. Dążący do realizacji wyznaczonych celów. Naprawdę takich odbiorców jest wielu. Zmierzam do tego, żeby nie pozwolić rozmienić się na drobne dla chwilowego zysku, a skupić na posiadanych talentach i poprzez rzetelną pracę konsekwentnie budować swoją markę. Tak, jestem idealistką. Nie, nie jestem naiwna. Takie podejście najpewniej nie zagwarantuje natychmiastowego sukcesu, zasięgu i szybkiego zysku, ale pieniądze to nie wszystko. Oczywiście jest wiele wartościowych rzeczy, które się przebiły, osiągają wysokie zyski i chciałabym, żeby co do zasady zawsze tak było. Pieniądze nie są rzeczą, za którą warto sprzedać swoją wolność, godność, szacunek i ideały (jeśli je mamy). Za Lennonem powtórzę, że możesz powiedzieć, że jestem marzycielem, ale ja wiem, że nie jestem jedyna.

,,Przejście [25EP]”, czyli jakość jest w cenie

Jakość i ponadczasowość słychać również na płycie ,,Przejście [25EP]”, za którego produkcję odpowiada Ajron, a która w Internecie robi niemałe zamieszanie. Takie sukcesy napawają mnie optymizmem. Krążek dostępny w przedsprzedaży najnowszej płyty Pezeta ,,Muzyka Popularna”, od czwartkowego wieczoru brzmi na głośnikach mojego samochodu. ,,Przejście” to zbiór archiwalnych nagrań, odnalezionych po latach na starych dyskach i poddanych świeżemu, współczesnemu miksowi. Tylko ostatni, szósty utwór ,,Wołanie”, promujący album, powstał w 2025 roku z gościnnym udziałem Eldo. Idealnie wkomponowany w klimat płyty, stanowi jej dopełnienie. To jest dobra rzecz. To jest rzecz, którą warto polecić, co też czynię.

Ważne książki po latach

Jak czytamy ważne dla nas książki po latach? Jakie wywołują w nas emocje, wrażenia? Czy związane z tym wspomnienia dodają im uroku czy raczej uświadamiają o nieuchronnym przemijaniu i o tym, jak bardzo zmienia się nasz punkt widzenia na wiele spraw? A może wcale się nie zmienia? Co jeszcze z nami rezonuje, a co bezpowrotne przeminęło i spadło z naszego literackiego panteonu?

Wczoraj planowałam napisanie recenzji ,,Kociej kołyski” Kurta Vonneguta, którą chcę opublikować w listopadzie na otwarcie nowego cyklu recenzji, związanej z powstaniem tego bloga. Vonnegut to jeden z autorów, którzy w swoim czasie ,,robili hałas”, a dziś poddawani są krytyce, dyskusji czy ich książki nadal się bronią czy też trącą banałem i przeciętnością. I nie jest to bynajmniej wpis o Vonnegucie, ale o zjawisku, które wywołało moje zaciekawienie, odsuwając napisanie recenzji na drugi plan.

Upływ czasu a odbiór

Czasem słyszę, że ważna dla kogoś lektura, po ponownym z nią zetknięciu, wywołuje w czytelniku pewien rodzaj rozczarowania i zadziwienia nad jej wcześniejszym odbiorem. Gdzieś ginie pierwsze, silne wrażenie a dotychczasowy blask przygasa. Zaczyna się postrzeganie przez pryzmat kolejnych książek, może zręczniej napisanych, może bardziej aktualnych, tych z tu i teraz. Oczywiście nie mówię o dowolnych książkach. Mam na myśli te superważne pozycje, które w oczach odbiorcy, po pewnym czasie stają się zupełnie przeciętne. A przecież, gdyby nie zostały ponownie przeczytane, zachowałyby swój dotychczasowy smak i uczucia, jakie towarzyszyły czytelnikowi po pierwszym spotkaniu.

Czy warto wracać do ważnych książek po latach?

Chętnie przysłuchuję się wszystkim opiniom, które padają na spotkaniach grupy czytelniczej, do której należę. Bardzo lubię te nasze rozmowy, wymianę myśli, spostrzeżeń. Każda opinia jest dla mnie cenna, nawet, a może zwłaszcza ta, która jest totalnie inna od mojej. Nieustannie uczę się tu pokory i szacunku do innego punktu widzenia niż mój. Szalenie polecam udział w takich grupach, to bardzo cenne doświadczenie. Zauważam jednak, że w stosunku do opinii, że ,,kiedyś to była książka, a dziś to już nie jest to co wtedy”, stoję na zupełnie innym biegunie. Może to nie jest idealne porównanie, ale przypomina mi to żartobliwe zdanie przeczytane w Internecie, że ,,kiedyś to były czasy, dziś już nie ma czasów”.

Osobiste wrażenia

Myślę o tym, czy książki, które czytałam są nadal spójne z moją wrażliwością? Czy moje wybory były na tyle trafione, że dziś nie są rozczarowujące? Czy mój sposób odbioru zawartej w niech treści się nie zmienił? A może uległ zmianie, ale nie na tyle, żeby tę książkę zjechać czy zmienić jej miejsce na półkę z kategorią ,,mniej ważne”? Może moja sentymentalna natura albo tendencja do romantyzowania przeszłości, a tym samym okoliczności, w których odczytywałam daną książkę, grają tu rolę? Nie wiem tego do końca, ale pewnie w każdym z powyższych zapytań, jest zawarte ziarenko odpowiedzi, inaczej nie przyszłyby mi do głowy.

Wybitny czy przeciętny?

Poranną kawę rozpoczęłam z dylematem: Czy fascynacja stylem autora, który robił na kimś wrażenie i nagle przestał, świadczy o mądrości i dojrzałości czytelnika czy o jego wcześniejszym złym guście i braku literackiego wyrobienia? Rzucam to pytanie w przestrzeń, bo rzadko wracam do raz przeczytanych książek, a te, do których mi się zdarza, nigdy mnie nie rozczarowały. Z moich obserwacji i rozmów wynika, że inni mają często przeciwne doświadczenia. Towarzyszy im poczucie rozczarowania i zaskoczenia, cóż takiego wcześniej wzbudzało ich entuzjazm? Ja raczej zachwycę się ponownie, chociaż czasem z innych względów, na co innego zwracając uwagę. To albo świadczy o mojej niedojrzałości czytelniczej albo wręcz przeciwnie – o umiejętności zachowania młodzieńczego punktu widzenia i zachwytu, mimo upływu czasu. W końcu, dlaczego miałabym umniejszać książkom przeczytanym we wcześniej młodości? Niektóre tak naprawdę zrozumiałam dopiero po latach.

Nie ma się czego wstydzić

Dlaczego jest tak, że zaczynamy wstydzić się tego, co nami zawładnęło, co wywołało dreszcz emocji i niejednokrotnie było źródłem inspiracji dla własnej szufladowej twórczości? Po przeczytaniu ,,Buszującego w zbożu” ponad 20 lat temu, zaczęłam z większą systematycznością pisać swój pamiętnik, współodczuwałam z autorem, miałam swoje egzystencjalne dylematy. Pisanie stało się dla mnie formą ekspresji, sposobem na wyrażenie siebie i w zasadzie tak jest do dziś. Oczywiście, że dzisiaj czytam ją inaczej, ale wciąż patrzę z sentymentem i zrozumieniem. Mam ochotę powiedzieć, że też czułam ból istnienia, wewnętrzne rozdarcie, niesprawiedliwość czy samotność w tłumie. Konia z rzędem temu, kto powie, że jako nastolatek czuł się zawsze akceptowany i rozumiany, z wysokim poczuciem własnej wartości. Zawsze wiedział, co chce robić w życiu i  nigdy nie zawahał się przed obraniem określonej ścieżki? W gruncie rzeczy czy wiedzą to wszyscy dorośli albo chociaż większość z nas? Czasem po latach wstydzimy się swoich młodzieńczych fascynacji. Sami przed sobą wydajemy się śmieszni i naiwni. Niektóre powroty do książek podsumowujemy zdaniem:  ,,Co ja w niej widziałam/widziałem?”.

A mówią, że stara miłość nie rdzewieje.

William Faulkner ,,Światłość w sierpniu”

,,Światłość w sierpniu” została napisana w 1932 roku, a w polskim tłumaczeniu ukazała się po raz pierwszy w 1959.

W roku 1950 William Faulkner za całokształt twórczości otrzymał Nagrodę Nobla.

Jego literacka spuścizna obejmuje kilkanaście powieści, kilka tomów poezji, nowel, esejów i rozpraw.

,,Światłość…” zapisze się dla mnie jako powieść o mroku, grzechach przeszłości, uprzedzeniach, braku (samo)akceptacji i samotności.

Książka pokazuje różne portrety psychologiczne, złożone sylwetki kilku bohaterów. Dociska bagażem ich doświadczeń. Czytałam ją długo i z licznymi przerwami. Bynajmniej nie przez język, który mnie wciągał i raczej trzymał przy lekturze niż od niej odpychał. Po prostu ładunek emocjonalny był tak ciężki, że momentami nie potrafiłam go udźwignąć. A może czas, w którym ją czytałam wpłynął na taki a nie inny odbiór? Oczywiście. Zawsze wpływa. Dlatego jest to ,,niecodziennik subiektywny”. Każdego dnia mogę widzieć rzeczy inaczej. Przez pryzmat mojego aktualnego ,,ja” i osobistych spraw, które malują mój portret oraz obraz ludzi i świata wokół mnie.

Chciałabym jeszcze kiedyś wrócić do ,,Światłości…”, by się przekonać, jak ją odczytam, jak poczuję w innym momencie. Jeśli tylko pozwoli czas, którego bezlitośnie ubywa… Tak wiele książek czeka w długiej kolejce na swoją szansę. Chciałabym je wszystkie przeczytać. Wiem, że to niemożliwe, ale póki bije serce, chcę niemożliwego. Jeśli nie będzie dane wrócić do tej książki, cóż… nic się nie stanie. To jedna z tych, które zapadają głęboko i siedzą w człowieku, nawet wtedy, gdy przykrywa je pozorny płaszcz niepamięci.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 03.10.2025 na Facebooku.

Ernest Hemingway ,,Stary człowiek i morze”, Antoine de Saint-Exupery ,,Mały Książę”

,,Ludzie jadą pociągami w tłoku i ścisku, nie znając celu swojej podróży. Są jak pies, który chce złapać własny ogon – powiedział Mały Książę. I dodał: – To ich do niczego nie prowadzi…”

Wakacje wciąż jeszcze żywe we wspomnieniach, znacznie wygodniej rozgaszczają się w czasie przeszłym i przyszłym, coraz mniej rezonując z czasem teraźniejszym. Nieuchronny upływ czasu. Przełom sierpnia i września wzbudza pewien rodzaj nostalgii oraz skłania mnie do powrotów. Również tych literackich.

Dwie tak inne, a jednak podobne pozycje: ,,Mały Książę” i ,,Stary człowiek i morze”. Antoine de Saint-Exupery i Ernest Hemingway. Na marginesie, panowie osobiście spotkali się w walczącej Hiszpanii w marcu 1937 roku. Obie książki są niedużych rozmiarów, a jednak ważne i wielkie w przekazie. Mimo skromnej ilość stron, bogate w treści i znaczenia, które zostają z czytelnikiem długo po ich lekturze.

Po kilkukrotnym przeczytaniu obu, na przestrzeni ponad dwudziestu lat, wywołują we mnie nieustanny zachwyt. Prosto, szczerze i bezpretensjonalnie mówią o uczuciach, działaniach podyktowanych instynktem i płynących z potrzeby serca, o jasnych motywach, wynikających z poczucia godności, o szacunku do przyrody, o odpowiedzialności i ponoszeniu konsekwencji za swoje decyzje. W końcu, bez zbędnego patosu czy taniego romantyzowania, traktują o życiu i śmierci. Mimo tęsknoty i przeciwności losu, pokazują odwagę do podejmowania samotnych podróży, również, a może zwłaszcza tych w głąb samego siebie.

Santiago czwartej nocy od opuszczenia lądu, dopływa w końcu na brzeg. Wyczerpany, ledwo trzymający się na nogach, powoli i z przerwami zmierzający do swojego domu. Kogo widzę? Czy patrzę na niego z żalem i litością? Czy odnajduję człowieka przegranego, który po wyczerpującej walce na morzu, dociera zaledwie ze szkieletem po ogromnym marlinie?

Otóż nie. Widzę wyraźnie Santiago El Campeon w swoich najlepszych latach, w szynku w Casablance, który kładzie na rękę najsilniejszego człowieka w porcie. Widzę kogoś, kto wypłynął jako zgaszony starzec a powrócił jako mężczyzna, który na morzu odzyskał swoją godność. Nie słyszę już drwin lokalnej społeczności Hawany. Nie odnajduję upokarzającego współczucia. Nie słyszę zakazów kierowanych od rodziców do Manolina, aby nie płynął na pechowej łodzi. Nie widzę nic, co stary człowiek miałby udowadniać komuś innemu czy sobie. Rejestruję ciszę na morzu, kontemplację, skupienie, umiejętność bycia sam na sam z naturą, podporządkowanie się jej prawom, które bywają brutalne i trudno, bo takie jest życie. Widzę odwagę i gotowość do walki o swoje marzenia oraz akceptację tego, co mimo wysiłków nie pozwala osiągnąć zamierzonego celu. Zdeterminowanie i podjęcie trudnych decyzji. Droga do celu, która staję się osobną historią, zmienia punkt widzenia, otwiera na nowe horyzonty, pozwala spojrzeć na sprawy z szerszej perspektywy. Podróż, która jest metaforą powrotu do siebie.

A Mały Książę? Odważny, lojalny, wrażliwy, troskliwy, małomówny, zdeterminowany chłopiec. To w podróży odkrył wyjątkowość i niepowtarzalność swojej Róży, którą kochał. Dzięki podróży poznał Lisa, którego oswoił i pilota, z którym nawiązał więź. Wylądował na Ziemi i z tego miejsca się ewakuował. Na swoich zasadach, tak jak zaplanował. Na kartach obu książek padło tyle ważnych słów, tyle cennych lekcji. Dwie najważniejsze, spośród tych, do których nieustannie wracam i które ciągle odkrywam:

,, – Bądź zdrów – odparł Lis. – A oto moja tajemnica, jest bardzo prosta: Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest to, co niewidoczne dla oczu”.

,,Człowiek nie jest stworzony do klęski – powiedział. – Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać. Żal mi jednak, że zabiłem tę rybę – pomyślał. […] – Nie myśl, stary – powiedział na głos. – Płyń po kursie i przyjmij to, co przyjdzie”.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 10.09.2025 na Facebooku.

Maria Pasquale ,,How to be Italian”

Wrzesień. Miesiąc spod znaku powrotu do szkoły czy pracy. Ale to przecież nie jest koniec świata, niezapomnianych wrażeń, ciepłych wspomnień i wakacyjnych pamiątek, wywołujących uśmiech na twarzy. Również a może przede wszystkim tych książkowych pamiątek.

Podładują akumulatory na okoliczność szarych, jesiennych wieczorów i przywołają słoneczne obrazy. Jak zawsze najlepiej będą smakować pod kocem w towarzystwie gorącej herbaty z miodem.

Mam i ja…

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 02.09.2025 na Facebooku.

Ernest Hemingway ,,Komu bije dzwon”

,,Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie”.

John Donne

Początkowo powieść Ernesta Hemingwaya o wojnie domowej w Hiszpanii miała mieć tytuł ,,Kraj nieodkryty”. Po natrafieniu na przytoczone wyżej motto siedemnastowiecznego poety Johna Donne’a w antologii ,,The Oxford Book of English Prose”, wybór padł na ,,Komu bije dzwon”. Stało się tak, ponieważ współzależność życia wszystkich istot ludzkich silnie koresponduje z problematyką powieści Hemingwaya.

Rada nagrody Pulitzera na uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, uznała, że jest to najlepsza książka roku 1940. Jednak przewodniczący rady, rektor N. M. Butler, wyraził sprzeciw i przekonywał, aby nie wiązać uniwersytetu z nagrodą dla ,,tego rodzaju książki”. W konsekwencji, za rok 1940 – nie przyznano nagrody Pulitzera.

Zatem jakiego rodzaju i o czym jest książka ,,Komu bije dzwon”?

Hiszpania w rejonie Segowii, rok 1937. Źródłem akcji jest wojna zaczepna armii republikańskiej w górach Guadarrama, przeprowadzona do odciążenia frontu baskijskiego, na którym trwał nieustanny atak rebeliantów generała Franco, wspieranych przez niemiecką artylerię i lotnictwo, uderzające na Bilbao. Wojna domowa w Hiszpanii, w kraju tak bliskim sercu Hemingwaya, wzburza go i wywołuje zdecydowaną reakcję. Pisarz publikuje liczne artykuły o konieczności przeciwstawiania się faszyzmowi, organizuje i wspiera zbiórki na rzecz wojsk republikańskich, jest uczestnikiem i korespondentem wydarzeń, które dzieją się w Hiszpanii. Wojna domowa to również obraz gwałtownych zmian społecznych i politycznych, wychodzących daleko poza hiszpańskie granice i wieszczących wybuch II Wojny Światowej.

,,Problem pisarza się nie zmienia. – mówił podczas II Zjazdu Pisarzy Amerykańskich 4 czerwca 1937 roku – Stanowi go zawsze pisanie prawdy i odkrywanie prawdy […] Istnieje tylko jeden system rządów, który nie może wydać dobrych pisarzy, a systemem tym jest faszyzm”.

Postaci wokół, których zbudowana jest akcja, wierzą w Republikę i są zdeterminowane, by o nią walczyć. Metody po jakie sięgają, a o których dowiadujemy się m.in. z opowieści Pilar, jednej z głównych bohaterek, ukazują tragizm sytuacji, w której sąsiad morduje sąsiada. O tym, kto jest po której stronie, często decyduje przypadek, a zdefiniowanie człowieka jako faszystę czy antyfaszystę, wcale nie jest takie oczywiste. Widzimy zwykłych ludzi, podzielonych, ustawionych na dwóch skrajnych biegunach w kategorii: przyjaciel albo wróg. Psychologia tłumu, która doprowadza do zbiorowej brutalności i bezwzględności. Gorzka refleksja o tym, co się stało, przychodzi po fakcie i nie do każdego. Opis sytuacji i ludzi, których wczoraj mijano na ulicy, u których robiono zakupy, by kolejnego dnia zabić ich bez litości, wywołują piorunujące wrażenie.

Zbudowanie atmosfery nienawiści i wrogości, podziału na my i oni, nasi i obcy. Ale to już było. Doprawdy? Tylko czy dziś możemy powiedzieć, że są to obrazy, które na pewno nigdy się nie powtórzą? Czy Europa, Ameryka, świat radzą sobie z niepokojącymi, coraz bardziej skrajnymi nastrojami społecznymi w obliczu ogromnych wyzwań, jakim są konflikty zbrojne, migracje i zachwiane poczucie bezpieczeństwa?

I znów wracam do Milana Kundery. Nie, nie odrobiliśmy lekcji historii i nigdy nie odrobimy, bo historia nie jest nauczycielką życia. Wszystkie zdarzenia dzieją się bez powtórzeń , każda sytuacja jest inna, a nawet jeśli podobna, to przecież nigdy nie mamy pewności, które rozwiązanie będzie tym właściwym. Delikatnie mówiąc, stawia nas to na straconej pozycji. Co zrobić z tą wiedzą? Na co liczyć?

Może najgorsze nieszczęścia akurat mnie ominą? Może nie będę w sytuacji, która będzie wymagała podjęcia decyzji z kategorii imperatywu moralnego? Może mi się uda uniknąć konfrontacji z wojną? A może nie i jedyną słuszną drogą będzie, jak w przypadku Roberta Jordana, zdecydowane określenie, po której stanąć stronie. Mimo wątpliwości, być wiernym swoim przekonaniom i widzieć sens tego, w czym się uczestniczy. Umieć wytłumaczyć sobie, że życie jest tylko na chwilę i nie trzymać się go kurczowo za wszelką cenę. Nie być tchórzem i zachowywać się z godnością, nawet gdy sprawy przyjmą zły obrót. Proste? W teorii wszystko jest proste.

Odczytuję ,,Komu bije dzwon” jako powieść głęboko zmuszającą do refleksji. Przede wszystkich do zastanowienia się nad sensem wojny. ,,[…]w toku walki ci, którzy przeżyli i spisywali się dobrze, wkrótce wyzbyli się czystości uczuć. Już po pierwszych sześciu miesiącach” (s. 292). Po drugie nad sensem dzielenia ludzi na tych absolutnie dobrych i bezwzględnie złych, czarnych i białych, poprawnych i niepoprawnych; nad moralnym prawem do szczucia na siebie nawzajem.

Hemingway kreśli ciekawe charaktery. Ogromną sympatię zyskuje u mnie stary Anselmo, lojalny, wierzący w siłę edukacji jako wali ze złem, rozumiejący sens dyscypliny żołnierskiej i swojej walki.

W książkach Hemingwaya zawsze widzimy zwykłego człowieka, postawionego w niezwykłej sytuacji, w której musi odkryć, jakimi zasadami się kieruje, czy umie zdobyć się na heroizm, podjąć walkę, a nawet postawić na szali swoje życie, jeśli sprawa tego wymaga.

Z drugiej strony, poczucie obowiązku, odpowiedzialność i wykonywanie rozkazów brzmią mężnie i bohatersko, dopóki nie zestawimy ich z motywacją faszystów. Nagle ci dobrzy i ci źli wcale tak bardzo się nie różnią. Niejasna motywacja Roberta Jordana, to jeden z głównych zarzutów ze strony krytyków książki.

W gruncie rzeczy możemy dojść do wniosków, które sformułował Michaił A. Bakunin, że ,,wykonywanie władzy deprawuje, podleganie władzy upokarza”. Nie chodzi o krzewienie anarchizmu. Robert Jordan, który zgłasza się na ochotnika do wysadzenia mostu, w walce przeciw rebeliantom Franco, nie bierze pod uwagę, aby mógł nie wykonać powierzonego mu zadania. Liczy się z tym, że okoliczności mogą doprowadzić do niepowodzenia akcji, ale to go nie powstrzymuje, bo rozkaz to rozkaz. Czy podjęcie walki, która w jego odczuciu jest skazana na porażkę, to nie absurd? Robert wie, że absurdem jest całe życie. Rzecz w tym, aby nadać mu sens.

W 1954 roku na Hemingwaya czeka najwyższe literackie wyróżnienie – nagroda Nobla. Szwedzka Akademia wymienia: ,,potężne, stylotwórcze mistrzostwo współczesnej sztuki narracyjnej”, ,,heroiczny patos”, ,,świadomość życia” i ,,męskie umiłowanie niebezpieczeństwa i przygody”.

Jeden z powodów, dla których warto sięgnąć po tę książkę: Niech wiedza i edukacja, zgodnie z filozofią Anselma, stanowią antidotum na wszechobecną nienawiść i agresję. Niech leczą je w zarodku, zanim brat zacznie zabijać brata. Od tego wcale nie jest tak daleko, jak mogłoby się wydawać.

Polecam szczególnie wydanie Biblioteki Narodowej z przekładem Bronisława Zielińskiego, przyjaciela pisarza oraz z doskonałym opracowaniem Leszka Elektorowicza (żołnierza AK, którego biografia i dorobek literacki jest warty zapoznania). Przeczytacie w nim ponad 90 stron o życiu Hemingwaya, jego twórczości, tle historyczno-społecznym powieści, pierwszym zakończeniu książki, które pisarz jednak zmienił oraz wielu innych ciekawych wątkach.

Przeto nigdy nie pytaj, po prostu przeczytaj.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 15.08.2025 na Facebooku.

Jon Fosse ,,Ja to ktoś inny. Septologia 3-5″

,,Ja to ktoś inny” to drugi tom ,,Septologii”, opus magnum norweskiego pisarza Jona Fossego, powszechnie uznawanego za jednego z najważniejszych twórców naszych czasów, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury z 2023 roku.

Głównym bohaterem powieści jest malarz i wdowiec Asle, który mieszka sam w domu w Dylgja. Życie towarzyskie Aslego z teraźniejszości, poza incydentalnymi przypadkami, ogranicza się do spotkań z dwoma osobami – rybakiem Asleikiem i właścicielem galerii Beyerem, który odkrył jego talent i stał się mecenasem jego sztuki. Społeczny minimalizm rezonuje z introwertyczną i spokojną naturą Aslego. Spokojną lub uspokojoną. Uspokojoną lub zmęczoną brakiem spokoju w przeszłości. A może wcale nie spokojną, tylko po prostu cichą? Niektóre chaotyczne zachowania wskazują na rodzaj wewnętrznego rozedrgania i lęki. Białe plamy w pamięci wywołują niepokój. Będąc osobą, która uwolniła się od nałogu, Asle mówi o sobie, że ,,ja już wypiłem swoje, a nawet więcej”. Jego obecny świat to świat tęsknoty za ukochaną, przedwcześnie zmarłą żoną Ales, przestrzeń wypełniona retrospekcjami oraz religią, która nie tyle stanowi źródło wiary, co siły i wsparcia w momentach smutku i zwątpienia. Modlitwa nie jest spotkaniem z Bogiem lecz łącznikiem z żoną i wspomnieniem po niej, dlatego Asle często sięga po różaniec. Całość dopełniają opisy norweskiego krajobrazu, surowe, zimne, tak doskonale korespondujące z klimatem książki. Przyroda odgrywa tu istotną rolę.

W drugim tomie, który odwołuje się do przeszłości i młodzieńczych lat, Asle poznaje w Bjorgvin swoją przyszłą żonę i się w niej zakochuje. Spotyka również swojego sobowtóra. A może cień? A może drugą wersję tego samego życia? Obaj Asle ubierają się identycznie i chcą zostać malarzami.

,,Septologia” to metafizyczna powieść o miłości, sztuce, Bogu, przyjaźni i przemijaniu. Wszystko w niej dzieje się w porywającym rytmie, na wdechach i wydechach podczas odmawiania ,,Pater Noster”, w występujących w zapętleniu obrazach i zdaniach. Przypomina sen, po którym do świadomości przebiją się wybrane wątki, skojarzenia czy wspomnienia. Część z nich jest ostra, inne są zamazane. Niektóre nabierają wyraźniejszych barw na kolejnych kartach powieści, dopełniając obrazu, w którym nadal pozostaje jeszcze wiele białych plam. Jestem przekonana, że jedno czy dwukrotne przeczytanie serii nie jest wystarczające do wyłapania wszystkich ukrytych znaczeń, a każdy kolejny powrót do ,,Septologii” będzie stanowić źródło nowych odkryć, które mogły umknąć w tej hipnotyzującej narracji.

Rozczuliła mnie rozmowa z nieżyjącą żoną i jej nietykalne krzesło, na którym nikt, włącznie z Aslem, nie miał prawa siadać po jej śmierci.

Jest to pozycja absolutnie genialna i niedająca się porównać do niczego, co zdarzyło mi się wcześniej przeczytać. Z niecierpliwością wypatruję ostatniego tomu pt. ,,Drugie imię” cz. 6-7, w polskim przekładzie Iwony Zimnickiej, którego premiera jest zapowiadana przez wydawnictwo ArtRage na 28.08.2025 roku. Jest na co czekać.

Wybrane fragmenty:

,,[…] często bywa tak, że te które lubię najmniej, są najlepszymi obrazami, a te, które lubię najbardziej, są najgorszymi, i to zdumiewające, że to, czy coś jest dobre, czy złe, nie ma żadnego związku z tym, że ktoś coś lubi czy czegoś nie lubi, tylko z tym, co jest dobrą sztuką, a co złą, bo sztuka ma związek z jakością […]” s.140

,,[…] kiedy trzymam w ręku jeden z różańców Ales, to wtedy jakby długo rozmawiamy o wszystkim, o czym tylko się da, a potem się ze sobą żegnamy i mówimy sobie, że już niedługo znów się spotkamy, i odwieszam różańce, i tak bardzo tęsknię za Ales, i dlaczego ona musiała umrzeć tak młodo i tak nagle ode mnie odejść? I myślę i słyszę, jak Ales mówi, że chociaż zawsze noszę ten sam różaniec, to jednak zmieniam szaliki, które noszę, a ja mówię, że z całą pewnością nosiłem wszystkie szaliki, które mi dała, a ona mówi, że na pewno tak było […]” s.134

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 16.07.2025 na Facebooku.

Podsumowanie czytelniczego półrocza. Styczeń – czerwiec 2025

Pół roku minęło jak jeden dzień. I chociaż plany są zawsze bardziej ambitne niż rzeczywistość, a lista lektur raczej za długa niż za krótka, to nie mierzę się i nie ścigam z nikim poza ewentualnie samą sobą.

Styczeń – czerwiec 2025 czytelniczo przechodzą do historii. Może na koniec roku pokuszę się o jakiś ranking, a może i nie? Tak trudno zestawić książki z totalnie innych gatunków i światów, porównywać, silić się na wartościowanie, co lepsze, co gorsze. Zresztą, jest tylu świetnych recenzentów, krytyków, tyle stron zawierających streszczenia, fachowe analizy i merytoryczne opinie. Chyba nie mam ani takich kompetencji, ani wykształcenia, ani takiego wyrobienia czytelniczego, ani nawet potrzeby, żeby móc się na to porywać.

Przelewam subiektywne odczucia. Utrwalam to, co zapadnie mi w pamięć, zwróci moją uwagę. Czytam, dzielę się tym, co mnie chwyciło lub nie i puszczam to w świat, licząc nieśmiało, że to swoiste babie lato dokądś doleci i wywoła jakieś wrażenia.

Piszę emocjami. Nie każdą książkę jestem w stanie opatrzeć recenzją. Niektóre przeżywam zbyt osobiście. Czuję je, a nie potrafię ich nazwać. Jak dźwięk, który wywołuje łzy i dreszcze. Ty zapłaczesz, lecz ktoś obok nie zrozumie dlaczego i co właściwie się stało. I vice versa. Ale to nic. Jesteśmy różni i mamy prawo czuć inaczej. Np. dziś/jutro/może nigdy nie napiszę recenzji ,,Obcego”. Nie dam rady. Czytam go trzeci raz i próbuję zmierzyć się z tym, co ta mikropowieść chce mi powiedzieć o wolności, o wyborach i o konsekwencjach bycia sobą. Zresztą genialnie zrobiła to w Posłowiu książki Urszula Klatka (Wydawnictwo Zielona Sowa, 2003). Może jak Mersauluta drażni mnie piekące słońce i nie umiem zebrać myśli, za daleko mam do morza, które mogłoby przynieść ukojenie.

Dziś chwila oddechu, związana z ochłodzeniem. Pierwszy raz od dłuższego czasu jestem w stanie usiąść i cokolwiek napisać. Wiem, że aby złapać równowagę w szarej, zwykłej codzienności, muszę czasem ją podkręcić i polecieć w abstrakt na miarę Vonneguta. Lubię jego styl i na pewno będę po niego sięgać. Doskonały obserwator i demaskator rzeczywistości pod osłoną farsy i czarnego humoru. Czy dziś ktoś tak pisze?

Z ulgą czytam o mroźnej Norwegii w ,,Ja to ktoś inny”. Czytam bardzo wolno i z przerwami. Delektuję się, niespiesznie wracam po fragmenty, które nie chcą mnie opuścić. Albo ja ich? Nie chcę kończyć tej książki. Czasem myślę, że pisarstwo Fossego jest jak obrazy bohatera jego książek, czyli ,,niepodobne do niczego”. Najpierw byłam pewna, że się poddam, że tego nie przejdę, ale później nie mogłam myśleć o niczym innym, nie mogłam wyjść z monotonnej narracji, która mnie hipnotyzowała i kazała wracać po więcej. Powtarzalność, spokój, retrospekcje, powtarzalność, refleksje, wolno, wolno, powoli, powtarzalność. Wyjątkowość i dbałość o szczegóły. Po tej książce nie umiem złapać w rękę i przeczytać ,,cokolwiek”. Wyjątkowość kontrastuje z pospolitością, wielkość z miałkością. Nawet jeśli brzmi to zbyt patetycznie, to życie – moim zdaniem, jest za krótkie, żeby czytać byle co. Za dużo genialnych książek i tak przejdzie mi bokiem. Plany zawsze będą ambitniejsze niż rzeczywistość. Mimo to warto mieć jakiś plan i starać się go trzymać. Spróbować (chociaż to trudne) nie zabijać czasu, którego jest mniej niż nam się wydaje. Dalej czytać i przeżywać to, co porusza. Złapać fragmenty, które oddają, co myślimy, ale sami lepiej nie ujęlibyśmy tego w słowa. Tam gdzie się uda, opisać i utrwalić coś własnymi słowami. Może ktoś się nad tym zatrzyma, może uzna, że to ważne, że tego potrzebował.

Kolejne książki czekają na mnie w kolejce. Niektóre ,,się czytają”, inne stoją na półkach lub chodzą mi po głowie. Za chwilę zapadnę się w fotel i ciszę. Na pierwszy plan wysuną się niewidzialni bohaterowie, których szelest kartek przywoła do życia ich historie i światy.

Nieskończenie wiele historii i światów.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 08.07.2025 na Facebooku.

« Older posts Newer posts »