czyli między słowami a pikselami

Tag: recenzja (Page 1 of 3)

Eliza Kącka ,,Wczoraj byłaś zła na zielono”

Dlaczego byłam zła nie tylko na zielono?

Dowiedziałam się, że pewna autorka napisała książkę o sobie i swoje córce w spektrum autyzmu. Książka się spodobała, zrobiła niemałe zamieszanie na rynku wydawniczym, zebrała świetne recenzje wśród czytelników i krytyków oraz zgarnęła kilka ważnych nagród w tym ,,Nike 2025″.

Najpierw byłam zła i to nie tylko na zielono. Zła, że Ącka (tak, Ącka) ukradła mi temat, że wydarła mi tyle wspomnień, opisała moje/nasze doświadczenia, że oczywiście dzielą nas różne historie, miejsca, ludzie, których spotkałyśmy po drodze, ale generalnie czytam i mam nieodparte wrażenie, jakby ktoś wkradł się do mojego zahasłowanego pliku, do moich odręcznych notatek, a najbardziej do mojej głowy, bo przecież więcej spraw pozostawiłam niezapisanych. Tych spisanych zgromadziłam tak naprawdę niewiele. Nie umiałam znaleźć im właściwych słów, zebrać myśli, nazwać, opakować w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy, a gdy emocje opadły to często nie miałam siły ani chęci, żeby znów to analizować, wracać,  opisywać. Grzebać w czymś, co zdawało się odłożone grzecznie w przeszłości do szuflady spraw zamkniętych albo chociaż odroczonych.

I wtedy weszła ona, cała na biało ze swoim ,,Wczoraj byłaś zła na zielono”. Czytałam w papierze, ale głównie słuchałam audiobooka, który czytała sama autorka. To dla mnie zawsze wartość dodana do lektury. I w miarę jak słuchałam przestawałam być zła a zaczęłam czuć podziw i wdzięczność. Szczerze mówiąc ta podkoloryzowana na początku ,,złość” minęła zaraz po pierwszych stronach, bo już wstęp rozłożył mnie na łopatki. Potem było jeszcze ciekawiej.

Dlaczego jestem wdzięczna za tę książkę?

Po pierwsze uświadomiłam sobie, że temat nie jest i nigdy nie będzie wyczerpany, a historia wcale nie kończy się na ostatniej stronie. Ani dla mnie ani dla niej.

Po drugie, że nigdy nie napiszę takiej książki. Żadnych umizgów i fałszywej skromności, po prostu w tej chwili wydaje mi się to za duży kaliber emocjonalny, że o zebraniu się w sobie, żeby stworzyć jakąś sensowną treść z początkiem i końcem nie wspomnę. Nie wiem, co miałoby być początkiem, a co końcem. Dziś nie potrafię tego objąć w żadne ramy.

Po trzecie, przepiękny styl pisarki, plastyczność nadawania kształtu obrazom, które ja w werbalnym przekazie umiałabym pokazać, co najwyżej jak rozmytą akwarelę. Z moją skłonnością do rozwlekania zdań, do dłużyzny. Tam z kolei jest barwa. Konkret. Żadnych zbędnych słów, żadnego użalania się, obwiniania świata. Matka, która próbuje zbliżyć się do świata córki, jednocześnie chroniąc ją i przygotowując na nieuniknioną konfrontację z tym, który ją otacza. Stąpanie po linie bez zabezpieczeń. Stąpa, bo czuje, że tak trzeba. Idzie dzielnie z córką za rękę, bo uznaje to za swoją powinność.

Jest cichą bohaterką, chociaż sama tak o sobie nie pisze, a czasem wydaje się być sama przed sobą niewystarczająca. To są bardzo dotykające mnie fragmenty. Tak bardzo ją rozumiem, tak bardzo chcę ją wziąć za rękę i powiedzieć, że nie jest z tym sama. Ona, ówczesna doktorantka na uniwersytecie, zostaje rozegrana przez dziewczynki z piaskownicy. Cała edukacja, wszystkie mądre książki i eseje odchodzą na bok, gdy od kilkulatki pada pytanie: ,,Czy ona jest normalna?”.

Po czwarte nie uwierzyłabym, że można równie mocno odczuć czyjąś osobistą historię i móc tak bardzo porównać ją do swojej. Że cudza rzeczywistość w tej materii, mimo, że odmienna, może być dla mnie tak znajoma, podobna i bliska.

Każdy z nas jest książką

Nie każdy ma dar nazywania i opisywania rzeczy takimi, jakimi są czy też takimi, jakimi się wydają. Nie każdy z nas jest pisarzem. Nie każdy z nas chce opowiadać swoją historię. Bywa, że najważniejsze zdania to te, które zostają niewypowiedziane. A czasem potrzebujemy przeczytać u kogoś naszą historię, aby wyzbyć się poczucia wyalienowania i osamotnienia.  

Jestem przekonana, że każdy człowiek, bez wyjątku, niesie własną książkę w swoim przyciężkim plecaku. Kaliber lektury może być różny. Każde życie to gotowy temat na dramat, komedię, thriller, nowelę, esej, poezję czy fantastykę, czasem wszystko na raz. Nawet jeśli nie potrafimy się sami opowiedzieć. W mniejszych i większych proporcjach, z różnymi domieszkami, stanowimy gatunek synkretyczny. Ktoś powie, że jego historia jest ważniejsza, trudniejsza, bardziej skomplikowana. Nikomu nie odbieram prawa odczuwania tego, co mu bliższe. Sama piszę bardzo subiektywnie, nie siląc się na reporterski ton. To nie moja bajka i nie moja półka.

Gdybym była dziennikarką, pisałabym pewnie, jak ten facet z filmu ,,Marley i ja”, licząc na to, że mój szef będzie to akceptował i dopingował mnie do napisania kolejnego felietonu, w którym przemycę prywatę. Natomiast ,,Wczoraj byłaś… ” to jest ,,moja” książka, to ,,moja” historia i dorzucam ją do swojego plecaka, jak bardzo ciężki by nie był.

Zapiski z zeszytu

W zeszycie, po skończeniu lektury, napisałam skojarzenia dotykające przeszłości:

,,Te same ubrania, przeplatane tymi samymi potrawami. Te same ścieżki, przecinające te same książeczki, bajki i zabawki. Te same rytuały, chodzące w parze z tymi samymi zdaniami. Te same pytania, kroczące z tymi samymi klockami. Ta sama obojętność na kontakt z innymi dziećmi. Ten sam bunt i wybuchy gniewu, gdy ktoś chciałby wziąć wiaderko w piaskownicy. Te same rzeczy, te same postacie z bajek, te same kolory, te same słowa. Dzieciństwo, które ewoluuje, ale na trwale zapisuje się w pamięci. Doświadczenia, które pozornie umykają. Szuflady wypełnione rysunkami, liczone w ryzach papierów. Szuflady, które od dawna były zamknięte na klucz. Otworzyła Kącka”.

Dodam, że do tej kolekcji dochodzą dziś inne szuflady, inne rytuały, inne wyzwania, inne zmartwienia, zachowania i pytania. Jeden rozdział się kończy, drugi zaczyna. Historia się pisze.

Wracam do ,,Nike”

Książka Elizy Kąckiej otrzymała w zeszłym roku podwójną nagrodę ,,Nike” – od jury i od czytelników. To wielkie wyróżnienie i ogromny powód do dumy. To pozycja, która z powodów osobistych zawsze będzie miała na mojej półce szczególne miejsce.

Jestem szczęśliwa i wdzięczna, że powstała i może trafić do szerokiego grona odbiorców. Zarówno tych, którzy znają temat spod własnej strzechy, jak i tych, który nie mieli z nim nigdy do czynienia, chociaż o to statystycznie coraz trudniej. Doceniam szczególnie jej autentyczność, nie nakładanie filtrów poprawności, nie obwinianie świata i na pewno nie próbę dostosowania otoczenia do innego sposobu myślenia dziecka.

Rzeczywistość autorki i jej córki, to nie jest walka przeciw całemu światu, to raczej próba mądrej symbiozy. To systematyczne i nieugięte szukanie nowych ścieżek, mimo rytualnego wydreptywania dotychczasowych. Nieustanna praca nad komunikacją i chęć poznania innego sposobu widzenia, nawet jeśli to piekielnie trudne. To kontakt z przyrodą i naturą, z którą Ruda tak dobrze się rozumie.

Neuroróżnorodność

Nagroda od czytelników nie pozostawia żadnych wątpliwości. Chyba nie ma dla autora większego wyróżnienia. A jak było z nagrodą od jury? Czy słusznie uhonorowaną tę książkę, bo jest wybitna i warta tej nagrody czy też dlatego, że udało jej się akurat wstrzelić w modny temat neuroróżnorodności? To nie jest żaden zarzut czy pretensja. Zwyczajnie, z wrodzonej ciekawości, stawiam pytanie. Ktoś powie: po co? Uważam, że w żadnej materii nadmiar nie jest wskazany i może wyrządzić więcej szkody niż pożytku.

Próby dopasowania się do aktualnych trendów i modnych haseł takich jak neuroróżnorodność, mogą odnieść odwrotny skutek od zamierzonego. Zamiast przybliżać, można skutecznie zniechęcić odbiorcę do zagłębienia się w temat. Ale nie w przypadku tej książki. Siłą ,,Wczoraj byłaś…” jest jej autentyczność i ucieczka od dawania złotych rad, których… nie ma.

Czasem pozostaje nam intuicja, uważność, działanie zgodnie z wewnętrznymi przekonaniami, posłuchanie wewnętrznego głosu, obserwowanie, upadanie, podnoszenie się, upadanie, dwa kroki w przód, jeden do tyłu. Nikt nie da nam gotowego rozwiązania, co robić. Nawet jeśli mamy mądrych ludzi wokół siebie, lekarzy, specjalistów, rodzinę to przecież oni też nie są wszechwiedzący, nie dadzą nam odpowiedzi na wszystkie pytania i skutecznego rozwiązania każdego problemu.

Warto słuchać, ale warto przy tym nie wyłączać swojego serca i rozumu, które niestety też błądzi jak we mgle i które się uczy na błędach. To jest coś, z czym się utożsamiam i co po tej książce zostaje ze mną najbardziej. 

List w butelce

Otrzymała Pani Nike i chociaż ta wiadomość najprawdopodobniej do Pani nie dotrze, a na pewno nie wprost, bo to by było zbyt proste, to chcę powiedzieć, że wydaje mi się, że wiem, jak się Pani czuła, nawet, gdy dzielnie czytała Pani fragmenty swojej książki, które powodowały u mnie retrospekcje i łzy. Była Pani silna i odważna, ale ja jestem słaba i pozwoliłam sobie płakać za nas obie. Jak przy tej szkolnej łazience, którą też doskonale pamiętam i na placu zabaw, i na tych samych ścieżkach pokonywanych w tej samej kolejności i z tym samym rytuałem zerwania kwiatka do spacerówki, i na porodówce, z której mogliśmy nie wyjść. Nie chcę spłycać niczego do kilku rzuconych na prędce przykładów. Chcę tylko powiedzieć, że intuicyjnie wyczuwałam momenty, w których Pani głos się zmieniał i powodował, że chciałam Panią przytulić. Tak zwyczajnie. Nie jako wspaniałą pisarkę, która zasłużenie otrzymała podwójną ,,Nike”, nie jako intelektualistkę, która do swoich sukcesów doszła ogromną pracą, wysiłkiem, pobudkami o trzeciej w nocy, ale jako dziewczynę, której nikt nie powiedział, co ją czeka, co ma robić i której nikt nigdy nie da gwarancji, że wszystko dobrze się ułoży. Jakoś się oczywiście układa, bo życie pisze się dalej. O Was, o nas, o innych. Z tymi i innymi wyzwaniami. W oficjalnych publikacjach, w prywatnych zapiskach, w nieutrwalonych zdaniach. Niech fabuła codzienności przynosi szczęśliwe zakończenia, a rozdziałów niemocy i zwątpienia będzie znacznie mniej niż tych niosących radość i nadzieję. Tego z całego serca Ci życzę Pingwin i Rudej. I wszystkim Pingwinom i wszystkim Rudym na świecie.

Wiesław Myśliwski ,,Traktat o łuskaniu fasoli”

,,Młodym zawsze się wydaje, że zbudują nowy, lepszy świat. Wszystkim młodym. […] A i tak wszyscy zostawiają po sobie taki świat, że nie chce się na nim żyć”.

,,Nike” sprzed chwili

29 marca, w wieku 94 lat, odszedł Wiesław Myśliwski, pisarz, gigant polskiej literatury, dwukrotny laureat Nagrody Literackiej „Nike”. Świat książki żyje dziś nominacjami do tegorocznych nagród. Niedawno opublikowano listę 20 nazwisk i tytułów branych pod uwagę w wyścigu o ,,Nike”. Na ogłoszenie werdyktu jeszcze chwilę poczekamy, natomiast dziś pragnę zaprosić w podróż do przeszłości z uhonorowaną w 2007 książką ,,Traktat o łuskaniu fasoli”. Myśliwski został opisany jako „twórca, który czerpiąc ze źródeł chłopskiego doświadczenia i chłopskiej mowy żywej, wpisuje swoje kreacje w krąg uniwersalnych praw i prawd o świecie i ludzkiej egzystencji”.

Po śmierci mistrza, media społecznościowe zaczęły pękać w szwach od cytatów pochodzących z jego książek, spotkań i wywiadów. 30 marca wysłuchałam w programie 3 polskiego radia bardzo ciekawe wspomnienia redaktora Nogasia i zaproszonych gości oraz fragmenty wypowiedzi Wiesława Myśliwskiego, które traktowały o literaturze, o życiu, o tym, jakim był człowiekiem. To, co wyróżnia Myśliwskiego, to niesamowity dar puentowania, podsumowania obszernego opisu, jednym trafnym zdaniem, jedną złotą myślą, którą moglibyśmy zakreślić ,,ku pamięci”.

Co ze mną zostanie po lekturze?

Zadziwienie, że można prowadzić tak monotonny monolog, uśpić czujność czytelnika i zaatakować emocjonalnym wstrząsem opisu zdarzeń, przedmiotów i ludzi. Wbić w głowę kapelusz, pudełko zapałek, nauczyciela muzyki, spawacza, siostrę, ojca, przypadkowe spotkanie z mężczyzną w kapeluszu, kobietę, z którą próbuje się ciastek, wojenne doświadczenia, powojenną rzeczywistość, czułość i szacunek narratora do zwierząt, do przyrody. Te i wiele innych obrazów zamkniętych w spokojnej, miarowej opowieści, w rytmie łuskania fasoli. Nade wszystko zostanie jednak spotkanie z nieznajomym, któremu Myśliwski nie daje głosu wprost, ale którym działa na wyobraźnię czytelnika, otwierając nieograniczoną możliwość interpretacji, kim zacz jest. Oczywiście każdy z nas, może mieć swoje zdanie na ten temat, ale jednak nuta tajemnicy i niepewności zostaje utrzymana do końca. Zostają pytania: Dlaczego tak? Dlaczego w tym momencie? W jakim celu? I jak zakończy się to spotkanie? I cytaty. Wiele cytatów. Nie sposób przywołać wszystkich które zaznaczyłam, ale chociaż kilka.

Cytaty

,,[…] Wolność to tylko słowo, jak wiele takich słów. Nie znaczą, co chciałyby znaczyć, bo to niemożliwe. Za wysoko mierzą i dosięgły złudzeń. I nie ma się co dziwić, skoro całe nasze życie to jedno pasmo złudzeń. Kierują nami złudzenia, powodują nami złudzenia. Złudzenia nas pchają, wstrzymują, wyznaczają nam cele. Rodzimy się ze złudzeń i śmierć też jest tylko przejściem z jednego złudzenia w inne”. (s. 69-70)

,,Nieraz próbuję tego dociec, jestem czy nie jestem. Tylko że sam dla siebie człowiek nie jest świadectwem. Musi zawsze ktoś drugi poświadczyć. Sam dla siebie człowiek jest zbyt wyrozumiały. Jak może, tak się broni przed sobą.  Kluczy, wymija się, omija, aby nie dalej, nie głębiej, nie tak, gdzie cos ukrywa. Sam przed sobą każdy chciałby wyjść jak na ślubnej fotografii”. (s. 89)

,,Tak zastanowić się, to ile takich niewypowiedzianych słów przepadło na zawsze. A może ważniejsze były od tych wszystkich wypowiedzianych. Nie sądzi pan?”. (s. 271)

,,Człowiek tak czasem o coś spyta, ale nie oczekuje odpowiedzi. Są przecież pytania, zgodzi się pan, które same sobie wystarczą. Zwłaszcza że żadna odpowiedź i tak by ich nie zadowoliła. I, według mnie, wcale to nie zależy od tego, o co pytamy. Tylko kto kogo. Nawet gdy sami siebie pytamy, zawsze jest, kto kogo”. (s. 277)

,,Tak że przestałem i do lasu chodzić. Wszystkie miejsca poza człowiekiem to już nie są te miejsca. Jedyne miejsce człowieka jest tylko w nim. Niezależnie czy jesteśmy tu, gdzie indziej czy gdziekolwiek. Teraz czy kiedykolwiek. Wszystko, co na zewnątrz, to jedynie złudzenia, okoliczności, przypadki, pomyłki. Człowiek jest sam dla siebie zwłaszcza tym ostatnim miejscem”. (s. 399-400)

Fragmenty pochodzą z książki wydanej przez Znak, Kraków 2022.

Filip Zawada ,,Gdyby nie czerń”, Octavia E. Butler ,,Przypowieść o siewcy”

,,Gdyby nie czerń” Filipa Zawady

Ta książka to ciekawskie podglądactwo rodziny Mrazów przez gawrona, który pełni rolę obserwatora i komentatora zdarzeń, rozgrywających się w życiu doczesnym i… pozagrobowym bohaterów powieści.

Książka jest raczej lekka, zabawna i ironiczna, chociaż nie pozbawiona błyskotliwych uwag i spostrzeżeń. Momentami robi się poważnie i trudno, jak to w życiu. Pewne pocieszenie daje nadzieja, że po czasie ziemskich trudów, problemów i znojów, nadejdzie upragnione niebo. Ale czy po śmierci na pewno będzie lepiej? Zawada maluje przewrotny obraz tego, co może czekać nas ,,po tamtej stronie”, zmuszający do spojrzenia na rzeczy z nowej perspektywy. Dla Mrazów, życie po śmierci staje się równie absurdalne co rozczarowujące, nikt nie rozumie boskiego planu. Milczący, nieczuły na prośby Bóg, zdaje się mieć za nic oczekiwania swoich wyznawców, którzy stłoczyli się w czyśćcu, niczym w poczekalni przychodni, wyczekując na cud, który nie nadchodzi. Stare kłamstwa zostają ujawnione, związki się rozpadają, a odzyskane po śmierci zmysły, służą do zadania bliskim bólu. Moją ulubienicą została seniorka rodu babcia Eugenia, matka Andrzeja, która po spotkaniu w czyśćcu swojego syna, dopytuje, jak potoczyły się losy wnuka zwanego Trytkiem, który nie rokował za młodu:

,,– Co z Trytkiem? Wyszedł na ludzi? O niego najbardziej się boję. Dlaczego milczysz? Zabił kogoś? Czyli już się nigdy nie zobaczymy? Jak on odkupi śmierć niewinnej osoby… –  Jest gorzej niż myślisz. – Niemożliwe. – Został księdzem. – Bój się Boga. Jak przoczyli jego szatańską duszę”.

Z jaką refleksją zostaję po tej lekturze? Mam wrażenie, że autor chciał odwieść czytelnika od nieustannego oglądania się na przyszłość i ślepej wiary, że najlepsze dopiero nadejdzie. Być może chciał przekonać do większej uważności na to, co tu i teraz? Bez wątpienia nie żyjemy w świecie idealnym, ale może to najlepszy czas, jaki nam się przydarza i warto wykonać wysiłek, by żyć najlepiej, jak potrafimy.

Octavia E. Butler ,,Przypowieść o siewcy”

Ciekawa wizja Boga, religii i wyznawców wyłania się z tej dystropijnej powieści napisanej w 1993 roku. Akcja osadzona w latach 2024-2027 w wielu aspektach, okazuje się zaskakująco trafna. Powieść z gatunku fantastyka naukowa, opisuje burzący się porządek świata. Codzienność to konflikty, nieporadność władzy, wyzwania klimatyczne, wszechogarniające zniszczenia a także śmierć, przemoc i gwałty. Ludzie, którzy chcą przeżyć, mogą liczyć tylko na siebie, organizując się w małych enklawach, hodując własne jedzenie i udzielając sobie sąsiedzkiej pomocy. Ogromny problem stanowi wszechobecne uzależnienie od narkotyków. Trzeba oszczędnie zarządzać zasobami. Ludzie rezygnują z samochodów, z powodu horrendalnych cen paliwa. Miejsce akcji to Stany Zjednoczone, a dokładniej społeczność postapokaliptycznej Kalifornii, ogrodzonej w fikcyjnym mieście Robledo. Z czasem mur, który chroni mieszkańców, okazuje się niewystarczającą przeszkodą dla intruzów. Przewidująca taki obrót sprawy córka lokalnego pastora – Lauren Olamina, jest przygotowana na najgorsze. Życie za murem nie zdołało uśpić jej czujności i instynktu przetrwania, przeciwnie – doprowadza do stworzenia własnej wiary i religii o nazwie Ziarno Ziemi. Olamina nie pozostaje bierna i głucha na to, co dzieje się wokół niej. Pragnie mieć wpływ i kontrolę nad swoim życiem. Na bazie znanych sobie pism i ksiąg religijnych, buduje własną koncepcję wiary, która dodaje jej sił i przekonania, że obrany cel, może zostać osiągnięty a każde nieszczęście i cierpienie można wytłumaczyć powtarzanym, jak mantra zdaniem, że ,,Bóg jest przemianą”. W świecie, który upada, ludzie-Ziarna muszą przetrwać, przystosować się i zasiać nową przyszłość. Podczas lektury miałam pewne skojarzenia do filmu ,,Mad Max”, chociaż to bardzo luźna interpretacja.

Wspólny mianownik

Zauważam go w narracji o potrzebie świadomego, aktywnego działania jednostki, podejmowania wysiłku i sprawstwa bez oglądania się na mannę z nieba. Może dlatego obie książki, chociaż tak różne od siebie i niekoniecznie przemawiające swoją wizją Boga – mimo wszystko znajdują we mnie zaciekawionego czytelnika.

Annie Ernaux ,,Ciała”

,,Często nachodzi mnie myśl, że po skończeniu tej książki mogłabym umrzeć. Nie wiem, co to oznacza: obawę przed publikacją czy poczucie spełnienia? Nie zazdroszczę tym, którzy piszą, nie myśląc, że potem mogliby umrzeć”.

Nobel 2022 za całokształt twórczości dla Annie Ernaux ,,za odwagę i chirurgiczną precyzję, z jaką odkrywa korzenie, wyobcowanie i zbiorowe ograniczenie osobistej pamięci”.

Dlaczego nie czytać?

Po ,,Bliskich”, sięgnęłam po koleją książkę Annie Ernaux – ,,Ciała”. Odbieram ją jako pisarkę panującą nad każdym zdaniem, nie pozwalającą na ani jedno zbędne czy przypadkowe, a jej sposób prowadzenia narracji i styl wywołują poczucie, że mam do czynienia z literaturą najwyższej próby. Jednocześnie należy dodać, jaka treść kryje się za doskonałym piórem. Otóż Ernaux pisze tak, jak niejeden czytelnik wstydzi się pomyśleć, a co dopiero powiedzieć. Pisarka otwarcie porusza sprawy i zdarzenia, na które wielu spuszcza zasłonę milczenia, chowając na dnie szuflady, pt. tabu. W tym sensie uważam, że jej pisarstwo nie jest dla każdego. Jeśli nie dopuszczasz do siebie, że ktoś może mieć moralność inną niż Twoja, myśleć i czuć inaczej niż Ty, nie sięgaj po tę książkę. Zrani Twoje uczucia, nie tylko religijne.

Co takiego jest w ,,Ciałach”?

Najogólniej – umiejętność opisywania najtrudniejszych kobiecych doświadczeń w niezwykle obrazowy i dokładny sposób. Pisarka broni się przed próbą wytłumaczenia poszczególnych zdarzeń przy pomocy dystansu i doświadczenia, przeciwnie – pilnuje się, aby z możliwie największą precyzją ukazać towarzyszące jej stany emocjonalne, psychologiczne i fizyczne w danym miejscu i czasie w przeszłości, bez naciągania zasłon niedopowiedzeń i niepamięci. Pamięta doskonale. Nie tłumaczy się, nie broni, ale też nie rzuca się na krzyż. Jest brutalnie szczera przede wszystkim sama ze sobą. To pisarstwo na wskroś uczciwe, pamiętnikowe, odtworzone z głowy i wspomnień. Autorka, która wielokrotnie przywołuje jako źródło inspiracji takie nazwiska jak Simone de Beauvior czy Sartre, ma silną potrzebę wyartykułowania i opisania zdarzeń z przeszłości. Doskonale wpisuje się w nurt egzystencjalizmu, ukazując samotność jednostki, ponoszenie odpowiedzialności za dokonane wybory, mozolne nadawanie sensu swojej egzystencji, osadzonej w świecie, w którym się nie odnajduje, który z nią nie rezonuje i w jakimś sensie jest dla niej absurdalny. Wielu autorów, którzy przemycają wątki autobiograficzne, niekoniecznie przyznają się do tego, co ,,nie pasuje do obrazka”. W przypadku Ernaux czytelnik staje się powiernikiem jej otwartej narracji o sobie samej, otrzymując dużą i momentami ciężką dawkę emocji, zwierzeń i przemyśleń. Bez filtra.

Zbawienie czy potępienie?

Odwaga mówienia o sobie, szczerość i maksymalny obiektywizm autorki, zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Czy ta książka była jej potrzebna terapeutycznie? Czy miała stanowić katharsis dla duszy i ciała? Czy też była testem, gdzie jest granica pisania o tabu? Być może opisując ,,tamtą” – którą Ernaux bardzo mocno odróżnia od późniejszej siebie – łatwiej jej ułożyć kompletny obraz człowieka, którego zbudowały bardzo różne doświadczenia. Ukazuje złożoność jednostki. Dobra, pilnowana przez matkę uczennica, to też ta, która nie umie się odnaleźć w sytuacjach społecznych, przepełniona kompleksem, związanym ze swoim pochodzeniem, próbująca wyrwać się do lepszego życia za pomocą książek i wykształcenia. Rozdarta między tym, co ,,robię” a co ,,powinnam zrobić”, z refleksją często o krok za późno. To obraz człowieczeństwa, które nie jest czarno-białe, bo człowiek to istota skomplikowana i czasem sama nie do końca znajduje wytłumaczenie, dlaczego zachowała się tak a nie inaczej. Czy ma się przez to wyrzec samej siebie? Ernaux nie robi tego. Bez oczekiwań na zbawienie czy potępienie opisuje prawdę o sobie i robi to po mistrzowsku.

Bez wstydu i żalu

W książce nie znajdziemy słów w stylu: ,,żałuję, że”, ,,dziś zrobiłabym inaczej”, ,,już nie postąpiłabym w ten sposób”. To esej o tym, jaka była, co robiła i myślała, bez próby wybielenia, bez wypierania, bez oczekiwania na społeczną akceptację. Autorka dzieli się swoją historią, nie oczekując ani współczucia czy poklasku, ani wykluczenia i poniżenia. Pisze w zgodzie ze sobą, może nawet sama dla siebie. Każdy człowiek, bez wyjątku, ma jakieś wstydliwe wspomnienia, ale nie każdy chce się nimi dzielić i bez wątpienia nie każdy byłby w stanie zrobić to w takim stylu jak Ernaux.

,,Podejrzenie: czy po kryjomu nie chciałam rozprostować tego zwiniętego fragmentu mojego życia, aby poeksperymentować z granicami pisania, sprawdzić wytrzymałość obrąbka rzeczywistości […]. Być może też wprowadzić do gry figurę pisarki, za jaką uchodzę, zniszczyć ją, odważnie zadenuncjować hochsztaplerkę, na przykład za pomocą słów: ,,Nie jestem tą, za którą mnie uważacie”.

,,Miałam świadomość sztuczności rozprawek i innych prac akademickich, ale czerpałam pewną dumę ze swojej sprawczości, poza tym, wydawało mi się, że to jest cena, jaką się płaci za ,,siedzenie w książkach”, jak mawiali moi rodzice, i za poświęcenie im swojej przyszłości”.

,,W pewnym sensie niemożność napisania pracy dyplomowej była bardziej przerażająca niż potrzeba pozbycia się ciąży. Stanowiła niewątpliwą oznakę niewidocznego upadku. (Kalendarz: ,,Nie piszę i nie pracuję. Jak się z tego wydobyć?”). Przestałam być ,,intelektualistką”. Nie wiem, czy to uczucie jest powszechnie znane. Powoduje niewypowiedziane cierpienie”.

Na książkę ,,Ciała”, wydanej w 2024 przed wyd. Czarne, w przekładzie Agaty Kozak, składają się trzy teksty autobiograficzne, które wcześniej nie były publikowane wspólnie w Polsce: 

  1. „Zdarzenie” (L’Événement) – relacja o nielegalnej aborcji. Tekst stał się podstawą nagrodzonego w Wenecji filmu „Zdarzyło się”.
  2. „Pamięć dziewczyny” (Mémoire de fille) – powrót do lata 1958 roku i doświadczeń, które naznaczyły autorkę na lata.
  3. „Młody mężczyzna” (Le Jeune Homme) – krótka opowieść o relacji kobiety z młodszym o trzydzieści lat partnerem.

Erazm z Rotterdamu ,,Pochwała głupoty”

,,Jeżeli zaś naprawdę można coś wiedzieć, to doprawdy często do przyjemnego życia to nie pomaga. A wreszcie tak ukształtowana jest dusza ludzka, że raczej do łudzenia się niż do zobaczenia prawdy”.

Erazm z Rotterdamu

Erazm z Rotterdamu (1469-1536) to jedna z czołowych i najbardziej wpływowych osobistości doby renesansu. Pisarska twórczość Holendra zaznaczyła swoje miejsce w filologii klasycznej, krytyce tekstu, w literaturze pięknej, w publicystyce polityczno-społecznej, filozofii moralnej, w pedagogice i dydaktyce. Erazm był jednym z najbardziej konstruktywnych współtwórców humanizmu. Zyskał miano nieustraszonego bojownika o prawdę, bezkompromisowego, śmiałego krytyka ówczesnych stosunków politycznych, społecznych i kościelnych. ,,Nawet miraż katedry [w Lowanium – przyp. aut.] i zapewnienia mu bytu nie zdołał przeważyć przywiązania do wolności osobistej i niezależności”.

Rdzeniem jego programu było zerwanie z ograniczającą scholastyką i teocentryzmem oraz uczynienie z człowieczeństwa centralnej idei. W tym celu sięga do pierwotnych źródeł literatury, w tym do ewangelii i pism antycznych, które tłumaczy z greki.

Reformator

Erazm był katolickim duchownym i doktorem nauk teologicznych, który mimo ostrej krytyki kościoła i głoszenia postępowych poglądów, nigdy oficjalnie nie zerwał z kościołem katolickim. Jego idee wyprzedzały i inspirowały ruchy reformacyjne. W stylu i postawie Marcina Lutra, dopatrywał się jednak tej samej ortodoksji, co w przypadku radykalnych katolików. Z tego powodu nigdy nie przyłączył się do Lutra, co zaowocowało konfliktem zarówno ze strony zagorzałych wyznawców kościoła katolickiego, jak i protestantów.

Cel, który mu przyświecał to uniezależnienie się od religijnych dogmatów, wolnomyślicielstwo, tolerancja wobec inaczej wierzących, umiejętność krytycznego myślenia. Głosił, aby zamiast kultu i obrzędów położyć akcent na konieczność powrotu do pierwotnej prostoty wiary i oprzeć go na miłości do bliźniego, łagodności i pokojowości.

Literacki sukces

,,Pochwała głupoty” to dzieło wydane w 1511 roku, pełne literackiego wdzięku i uroku. Książka jest niewielkich rozmiarów i podobno została napisana w kilkanaście dni w czasie podróży z Włoch do Anglii. Łączy realizm z fantazją, lekki żart z satyrą. Narratorką opowieści jest Głupota, córka Plutosa.

To, co szczególnie zachwyca w utworze to niebywała erudycja, żonglerka przykładami ze świata kultury czy literatury, wiedza ukazana w rozlicznych przykładach podanych bez nadęcia, a ot tak, wyciąganych jak królik z kapelusza. Erazm wydając tę książkę, zdawał sobie sprawę, jakie ściąga na siebie ryzyko. Znany, szanowany autorytet, o ugruntowanej pozycji w świecie nauki i literatury. I nagle satyra, która szybko zyskała na popularności i poza szerokim gronem zwolenników, przyniosła również liczne głosy krytyki i przeciwników. Książka, która została napisana w kilka dni, w rzeczywistości dojrzewała w głowie Erazma latami. Po jej ukończeniu w 1509, kolejne dwa lata doszlifowywał ją, pozornie traktując ją jak błahostkę, książeczkę napisaną od niechcenia, dla zabicia czasu i nudy w czasie podróży do Anglii. Trywializowanie, uciekanie się w banał oraz schowanie za główną bohaterką – Głupotą, która w wielu miejscach wypowiada zaskakująco mądre zdania, była w gruncie rzeczy tarczą ochronną na reakcje, których się spodziewał.

Wrażenia

Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że spędziłam z tą książką cały luty. Szalenie polecam wydanie w ramach serii Arcydzieła Wielkich Myślicieli Altaya DeAgostini, opatrzone bardzo ciekawym i obszernym wstępem (100 stron) Henryka Barycza, którym posiłkowałam się w powyższym wpisie. Przekład i opracowanie Edwin Jędrkiewicz. Na końcu książki umieszczona jest korespondencja toczona między Erazmem a Marcinem Dorpem. Mistrzowska dyskusja dwóch szanujących się ludzi, których łączy przyjaźń a dzielą poglądy , zwłaszcza w zakresie utartych zasad panujących w kościele. Podczas lektury listów, zapisałam sobie do zeszytu refleksje, które nasunęły mi się do głowy: 1. Czego w sztuce dyskusji możemy się dziś nauczyć od XVI-wiecznych humanistów? 2. Sposób prowadzenia dysput naukowych/religijnych/politycznych w książce Holendra vs. dzisiejsze komentarze w social mediach (na szczęście nie wszystkie). 3. Poziom wypowiedzi, znajomość tematu, erudycja – kiedyś i dziś.

Sama ,,Pochwała…” ma raptem 160 stron, ale odczytanie i zagłębienie się we wszystkie poszerzające wiedzę i horyzont przypisy było dość czasochłonne. Przy drugim czytaniu poszło mi trochę płynniej, ale to książka bogata w tyle treści i tak ponadczasowa, że warto po nią sięgnąć jeszcze nie raz.

Międzynarodowy Dzień Pisarzy

Wpis ten zaczęłam tworzyć 3 marca, czyli w Międzynarodowy Dzień Pisarzy. Z tej okazji i na okoliczność ostatnio przeczytanej książki, chciałam przytoczyć jedno zdanie ze wstępu o jej autorze. ,,Obierając kosztem niedostatku zawód wolno praktykującego literata, stawał się Erazm prekursorem nowego typu twórcy, którego źródłem utrzymania miała być […] wyłącznie praca pióra”. (s. 36)

Wszystkim pisarkom i pisarzom życzę, aby dobre książki ich autorstwa zawsze spotykały się z jak najlepszym przyjęciem, poczytnością i wynagrodzeniem umożliwiającymi godne życie. Aby Wasza praca połączona z pasją, była doceniana, a liczni czytelnicy i ciekawe spotkania wokół książek, stanowiły dodatkową motywację do budowania kolejnych ważnych wytworów literatury.  

Mariusz Szczygieł ,,Gottland”

,,Napisałem książkę o tym, że ktoś lub coś zamienia ludzi w robaki – i jak oni na to reagują. Od całkowitej zgody i schizofrenicznego wręcz przystosowania aż po ucieczkę z życia i samobójstwo.”

Tytuł

Gdybym miała zamienić słowo ,,Gottland” na inne, które oddałoby klimat i tematykę tej książki byłoby to ,,Przystosowanie”. W reportażu Mariusza Szczygła zawarty jest czeski duch, nietuzinkowe historie, błyskotliwe puenty i humor, który tylko pozornie przykrywa ogrom cierpienia, wywołanego kolejnymi systemami totalitarnymi, panoszącymi się u naszych południowych sąsiadów. To, czego w tej książce nie ma, to ocenianie przez autora osób, postaw, zdarzeń, historii, poglądów itp. Co prawda, okładka informuje nas, że mamy do czynienia z reportażem, ale jednak zawsze istnieje prawdopodobieństwo i pokusa na przemycenie między wierszami ,,a moim zdaniem”. Na szczęście nie w tym przypadku. To ogromny atut tej książki i strasznie tego autorowi gratuluję i zazdroszczę. Pod wpływem tej lektury, spojrzałam na Czechy jako kraj, który jest tak inny od mojej ojczyzny, a jednocześnie tak podobny, tak bardzo doświadczony (niestety również przyłożyliśmy do tego rękę). ,,Gottland” kieruje uwagę czytelnika m.in. na osoby ze świata czeskiej kultury i sztuki, ale nie tylko. Wśród nich takie postacie jak: Helena Vondrackova, Marta Kubisova, Karel Gott, Jan Prochazka czy Lida Baarova. Przeczytałam wydanie V zmienione (2022) w tym Postscriptum, umieszczone przez autora na końcu książki. Z tego dopisków dowiadujemy się wielu ciekawostek i kolejnych wątków, dotyczących bohaterów książki. Jest również niezwykle zabawne studium przypadków reakcji autora na opinie o książce. Wszystko w duchu: książka po publikacji należy do czytelnika a ja nie będę ludziom zmieniał poglądów. Podpisano Mariusz Szczygieł.

Co rok

19 października 2006 opublikowano pierwsze wydanie ,,Gottlandu”, zatem w tym roku mija 20 lat od premiery. A 19 stycznia bieżącego minął rok odkąd założyłam @Niecodziennik subiektywny na fb. Książką, która otwierała tę stronę, była ,,Nieznośna lekkość bytu” Milana Kundery w tłumaczeniu Agnieszki Holland. I muszę powiedzieć, że jestem dumna z tego wyboru, bo to wybitna rzecz i jedna z lepszych, jakie przeczytałam w życiu. Ludzie, ich namiętności i marzenia na tle Praskiej Wiosny 1968 r., komuna, cenzura, łamanie kręgosłupów, dostosowanie lub ucieczka, przeplatane rozterkami i wątpliwościami bohaterów. Nawet suczka Tomasza i Teresy nosi męskie imię Karenin, co ukazuje wywrócenie wszystkiego do góry nogami. Nic nie jest oczywiste i jednoznacznie zdefiniowane. Kundera, zainspirowany ideą wiecznego powrotu Nietzschego, stawia tezę, że życie przeżywane tylko raz, jest lekkie i bezproblemowe, a zatem pozbawione sensu. Ból, cierpienie, które są powtarzalne stają się wartością dodaną do egzystencji, w przeciwieństwie do lekkości od trosk i zmartwień. Paradoksalnie lekkości, która jest bezpłciowa, beznamiętna i bezwonna, że staje się dla człowieka nie do zniesienia. Wybór książki ,,Gottland”, traktującej o Czechach, przypadkowo zbiegł się z rocznicą mojej strony i publikacji recenzji książki czeskiego autora. Może zupełnie nieprzypadkowo otworzy to nową tradycję, w stylu: ,,Co rok o Czechach”. Kto wie?

Recenzje

Na stronie Wydawnictwa Czarne pod książką ,,Gottland”, czytam recenzje, jakie ze świata zebrała książka, z której to autor utrzymuje się do dziś (a przynajmniej tak mówi na spotkaniach z czytelnikami). Moją uwagę i aprobatę przyciągają zwłaszcza trzy opinie:

,, Mądra, ciekawa i potrzebna książka. Poprzez opowieść o losach ludzkich Szczygieł opowiada skomplikowane dzieje naszych południowych sąsiadów. Zafascynowany niepowtarzalną czeską kulturą i obyczajowością, zmysłem ironii, humorem i sarkazmem, przypomina czeskie spotkania z „historią spuszczoną z łańcucha”. Czytamy te opowieści przez pryzmat własnych losów, co czyni lekturę jeszcze bardziej zajmującą. Losy mieliśmy podobne, a jak bardzo odmienne. Pasjonująca książka.”

Adam Michnik

,,Świetna książka. Potwornie przygnębiająca panorama czeskich losów XX wieku. (Obejmuje też wiek nowy, który równie przygnębia). To, co mnie zawsze w czeskim losie pociągało, to nieustanna, dynamiczna, tragiczna i zarazem śmieszna niejednoznaczność. Mariusz Szczygieł wychodzi z tradycji polskiego reportażu i na tę właśnie niejednoznaczną czeskość nakłada swoją metodę. Efekt jest bardzo mocny, oryginalny, zaskakujący. Od dawna nie odbyłam równie intensywnej podróży do moich młodzieńczych doświadczeń, pytań i fascynacji. Ale ich lektura wprawiła mnie w głęboki smutek. Czekam na drugą część tych reportaży-esejów-opowiadań (bo i gatunek nie jest do końca określony) w nadziei, że możliwe jest jakieś katharsis, że z pułapki tego środkowoeuropejskiego losu można się wyplątać.”

Agnieszka Holland

,,Wielka literatura pod płaszczykiem reportażu.”

„Wiener Zeitung”

,,Gottland” Mariusz Szczygieł – serdecznie polecam.

Benjamin Hoff ,,Tao Kubusia Puchatka”

,,Jak by to było, zastanowił się, gdyby rzeczywiście znał tao. Tao, które najpierw tworzy światłość, a potem ciemność. Rodzi grę dwóch podstawowych sił, dzięki czemu zawsze następuje odnowienie i nie dochodzi do zużycia świata. Wszechświat nigdy nie zginie, bo kiedy wydaje się, że ciemność zdusiła wszystko, w samym jej jądrze rodzi się nowe ziarno światła. To jest właśnie Droga”.

Philip K. Dick ,,Człowiek z Wysokiego Zamku”

Wzmianka

Początkowo miałam zaledwie nadmienić o istnieniu takiej książki jak ,,Tao Kubusia Puchatka” przy okazji pisania wcześniejszej recenzji. Malutka książeczka, która w prosty i przejrzysty sposób wyjaśnia, czym jest tao i taoizm za przykład obierając wdzięczną i znaną wszystkim na całym świecie postać Kubusia Puchatka oraz jego przyjaciół ze Stumilowego Lasu. Okazało się, że w tej prostocie jest metoda.

Filozofia Wschodu dla początkujących

Niewielka książeczka zaczęła zapełniać się indeksami, które co i rusz przyklejałam do kolejnego inspirującego, ciekawego czy mądrego cytatu. Tym sposobem, pozycja, która wpadła mi w ręce na okoliczność zainteresowania się filozofią Wschodu oraz potrzebą bliższego wyjaśnienia pojęć i zjawisk, które pojawiły się podczas lektury ,,Człowieka z Wysokiego Zamku” – nie mogła i nie została potraktowana przeze mnie w sposób powierzchowny i przelotny. To lektura, która naprawdę zasługuje na większą uwagę i jestem pewna, że jeszcze nie raz do niej wrócę.

Jak ,,Tao…” znalazło się w moim domu

,,Tao Kubusia Puchatka” została napisana przez taoistę i sinologa z Zachodu – Benjamina Hoffa w 1982 roku. Na wzmiankę zasługują również okoliczności, w jakich pojawiła się w mojej domowej biblioteczce. Otóż, w grudniu ubiegłego roku, w odpowiedzi na pomysł jednej z koleżanek z grupy czytelniczej, która zaproponowała zorganizowanie loterii fantowej, jako jeden z fantów wybrałam właśnie tę książkę. Ze zgromadzonych przez nas środków, została zakupiona specjalistyczna karma dla kotów ze schroniska, zatem tao – jako droga, która jest źródłem wszystkiego, która uczy jak żyć w zgodzie z naturą i osiągać wewnętrzną równowagę, w pełni odnalazła tu zastosowanie. Nieważne, że nieświadomie. W tamtym momencie słowo ,,Tao” kompletnie nic mi nie mówiło, ale pojawiający się w tytule Kubuś Puchatek, stanowił jedyną sentymentalną zachętę oraz wskazówkę, że treść, nawet jeśli ważna czy trudna, zostanie podana w przyjemny i prosty sposób, co też się stało. Jako kompletna amatorka w dziedzinie filozofii Wschodu, muszę przyznać, że ,,Tao Kubusia…” bardzo pomogło mi w zrozumieniu głównych założeń i pojęć związanych z tym starożytnym systemem filozoficznym.

Los w taoizmie – przypadek czy przeznaczenie?

To, co stało się dla mnie niezwykle ważnym odkryciem, to to, jak postrzegany jest w taoizmie los. Otóż los nie jest ani czystym przypadkiem, ani też ślepym przeznaczeniem. Jest dynamiczną interakcją pomiędzy naturalnym porządkiem wszechświata (właśnie owym: Tao) a działaniem człowieka. Człowiek powinien dążyć do równowagi z Tao poprzez Wu Wei (bezwysiłkowe działanie). Krótko mówiąc, los to naturalny bieg wydarzeń, który wynika z wzajemnych oddziaływań, gdzie celem jest Tao. Rolą człowieka jest podążanie za nim, a nie walka z nim, czy ślepe poddawanie się przeznaczeniu. Podejście, że nie jesteśmy niewolnikami przeznaczenia, ale pewne zdarzenia wynikają z porządku świata i układają się w nieprzypadkowy sposób (tak, jakby kierowały nami jakieś siły) jest mi bardzo bliskie. Nigdy nie potrafiłam zaakceptować stanowiska, że niezależnie od tego, co zrobimy, to ,,wszystko jest już zapisane” lub że rządzi nami przypadek czy też że zawsze i każdych okolicznościach jesteśmy kowalami swojego losu, bo to nieprawda. Nie zgadzam się również z tym, że nie mamy wpływu na swój los i że nie możemy go kreować. Taoizm, jeśli dobrze rozumiem, zdaje się być właśnie czymś pomiędzy skrajnymi podejściami do losu. Ta filozofia wydaje się najbardziej słuszna i racjonalna, a na pewno jest dużo bardziej zgodna z moim osobistym odczuciem.

Mały mądry miś

W książce Hoffa znajdziecie całe naręcza zdań oraz myśli do przeczytania i zapamiętania, bo jej urok polega na mądrości ukazanej w prostocie. Nie mogło być w tym zakresie lepszego ambasadora niż Puchatek. Autor bynajmniej nie skupia się na bardzo małym rozumku misia, lecz na jego czynach, słowach i podejściu, z których to, bez najmniejszej ironii, powinniśmy czerpać i uczyć się je wykorzystywać w codziennym życiu.

,,Wydaje się znaczące, że ci, którzy nie mają w sobie współczucia, nie mają też mądrości. Wiedzę – tak, rozsądek – może, mądrość – nie. Rozsądny umysł to nie serce. Wiedza o nic się w gruncie rzeczy nie troszczy. A mądrość tak”.

,,Gdym był dziecięciem, myślałem jako dziecię; lecz gdym się stał mężem, wyniszczyłem co było dziecinnego. Teraz muszę szukać w innych kategoriach. Muszę rozgryźć ten przedmiot w inny sposób” – mówił pan Tagomi w ,,Człowieku z Wysokiego Zamku” ubolewając, że nie może dotrzeć do idei pewnej rzeczy.

Hoff przekonuje, że za dużo wśród nas przemądrzałych Sów, wszystkowiedzących Królików czy narzekających Kłapouchów. Jedyną słuszną drogą jest ta, którą podąża Puchatek, bo tylko on woła do nas wspaniałym umysłem dziecka. Polecam. Podejrzewam, że podobnie jak ja, będziecie urzeczeni tą małą a jednak wielką książką.

PS. Czy z wiekiem również coraz bardziej doceniacie prostotę?

Philip K. Dick ,,Człowiek z wysokiego zamku”

,,Może w jakimś innym świecie sprawy wyglądają inaczej. Lepiej. Wybór między dobrem i złem jest tam oczywisty. Nie ma tych podejrzanych dodatków, tych mieszanek których składu nie potrafimy rozszyfrować. Nie żyjemy w świecie idealnym, takim, jaki chcielibyśmy mieć, gdzie moralność jest prosta, ponieważ rozeznanie zła i dobra jest łatwe. Gdzie bez trudu można postępować słusznie, bo droga jest oczywista”.

W 1962 r. Philip K. Dick napisał książkę ,,Człowiek z Wysokiego Zamku”, za którą otrzymał nagrodę Hugo. Warto zaznaczyć, że Dick na trwałe zapisał się jako jeden z najwybitniejszych pisarzy, jakich wydała amerykańska i światowa fantastyka naukowa, co może potwierdzać fakt, że na podstawie jego powieści oraz opowiadań, powstało wiele filmów i seriali. Wśród nich są takie tytuły jak: ,,Pamięć absolutna”, ,,Łowca androidów”, ,,Blade Runner 2049”, ,,Raport mniejszości”, ,,Next”, ,,Tajemnica Syriusza” czy… ,,Człowiek z Wysokiego Zamku”. Wróćmy jednak do literatury.

Wydarzenia opisane w powieści, dzieją się na przecięciu trzech płaszczyzn. Mamy: 1) świat realny dla bohaterów książki, 2) świat książki Abendsena – tytułowego bohatera powieści oraz 3) ,,nasz” świat, czyli świat istniejący w świadomości czytelnika. Dick nie tylko zręcznie kreuje rzeczywistość, ale również nadaje jej plastyczność i sugestywność.

Na pytanie, o czym jest książka, pierwsza nasuwająca się odpowiedź, to ta o alternatywnej historii, ukazującej świat po II Wojnie Światowej przegranej przez aliantów, w którym Niemcy i Japonia rządzą USA. Ale to dopiero przyczynek do dalszej dyskusji i kolejnych wątków pojawiających się w powieści. Jednym z głównych jest poruszenie, jakie wywołuje książka ,,Utyje szarańcza” autorstwa Hawthorna Abendsena. Przeczytałam, że tytuł pochodzi z biblijnej Księgi Koheleta i sugeruje lekkość lub nicość, która w kontekście powieści może oznaczać, że alternatywna rzeczywistość (opisana przez Abendsena) jest krucha lub że prawda jest inna, niż się wydaje. Drugia interpretacja, na którą trafiłam mówi z kolei, że tytuł jest metaforą szarańczy opisanej w Apokalipsie św. Jana, reprezentującej siły zniszczenia. W powieści świat, w którym Niemcy i Japonia rządzą USA jest miejscem pełnym korupcji, przemocy i zaniku wartości. Szarańcza jest wizualizacją tego upadku. Książka opisana w książce (czyli ,,Szarańcza…” opisana w ,,Człowieku…”) ukazuje, że zło może wydawać się małe jak owad, ale ten owad może ,,utyć”, rozrosnąć się i zdominować rzeczywistość, niszcząc to co normalne i moralne. Dobro zostaje pożarte przez zło, ukazując degradację i degenerację moralną.

Drugim książkowym bohaterem, jeśli tak to można ująć, jest ,,I-cing. Księga Przemian”, czyli piąta księga konfucjańskiej i taoistycznej mądrości. Dick w swojej prozie wykazuje podejrzliwość do tego co prawdziwe i fałszywe, obiektywne i subiektywne, usiłuje dotrzeć do ukrytej struktury świata, aby zrozumieć prawa, które nim rządzą. ,,Człowiek…” oparty jest na założeniu, że ludzkość posiada klucz do zagadki rzeczywistości i że jest nim stara księga I-cing, jeden z najstarszych chińskich tekstów klasycznych, reprezentujących rdzennie chińską kosmologię i filozofię. To księga kanoniczna taoizmu i konfucjonizmu. Była używana do wróżb, stawianych przy podejmowaniu ważnych decyzji, w tym sprawowaniu władzy, wyprawach wojennych itd. Do tego procesu wykorzystywano zasuszone łodygi krwawnika lub stare monety chińskie, tworzono heksagram, odczytywano z niego liczbę  i wyszukiwano w Księdze Przemian jej znaczenie. Czytano ją i interpretowano w odniesieniu do konkretnej sytuacji. Wróżenie z ,,Księgi Przemian” to wciąż żywa praktyka. Dość powiedzieć, że sam Philip K. Dick radził się jej pisząc ,,Człowieka z Wysokiego Zamku”.

Postacie, które zapamiętam z tej lektury w sposób szczególny to: Robert Childan, Nobusuke Tagomi, Juliana Frink. W tej kolejności.

Nie chcę zdradzić zbyt wiele, by nie odebrać radości z odkrywania lektury tym, którzy zdecydują się z nią zapoznać. Dla mnie okazała się zaskakująca. Punkt, od którego się zaczyna prowadzi do nieoczekiwanego zakończenia. W świecie, w którym nie wiadomo, co jest realne a co zmyślone, prawda okazuje się największym wyzwaniem. Czy bohaterom powieści udało się do niej dotrzeć? Tego nie powiem, na zachętę zostawię jedynie cytat: ,,Prawda jest straszna jak śmierć. Ale trudniej ją znaleźć”.

Kurt Vonnegut ,,Kocia kołyska”

,,Trzymajcie się z dala od człowieka, który pracował w pocie czoła nad rozwiązaniem jakiejś zagadki, rozwiązał ją i stwierdził, że nie jest mądrzejszy niż przedtem – powiada Bokonon. – Przepełnia go bowiem mordercza pogarda do ludzi, którzy są równie głupi jak on, ale nie doszli do swojej głupoty równie ciężką pracą”.

,,Kocią kołyskę” Kurta Vonneguta, opublikowaną w Polsce po raz pierwszy w 1963 roku, skończyłam czytać prawie miesiąc temu. I chociaż stos książek proszących o uwagę rośnie, to cały czas wracam do niektórych fragmentów, kartkuję, analizuję zaznaczone zdania – słowem – siedzi we mnie ta ,,Kocia kołyska”, towarzyszy mi nad wyraz często i nie mogę się z nią na dobre rozstać.

Zacznę od tego, że uwielbiam narrację pierwszoosobową, która tworzy ten magiczny pomost między narratorem a czytelnikiem. Już w pierwszych zdaniach przedstawia się nam John, który postanawia napisać książkę ,,Dzień, w którym nastąpił koniec świata”, dokumentującą, co robili wybitni Amerykanie w dniu, w którym zrzucono pierwszą bombę atomową na Hiroszimę. W tym celu nawiązuje kontakty i przeprowadza rozmowy z osobami z otoczenia nieżyjącego naukowca Feliksa Hoenikkera – laureata nagrody Nobla w dziedzinie fizyki i  jednego z twórców bomby atomowej oraz tajemniczej substancji określonej jako lód-9. John koresponduje z synem naukowca – Newtem. Później pozna pozostałe dzieci Feliksa Hoenikkera – Angelę i Franka, których Newt opisuje w liście.  

John udaje się do Laboratorium Badawczego Towarzystwa General Forge and Foundry w Ilium i przeprowadza wywiad z jego szefem – Asem Breedem. W wyniku dalszych okoliczności wyrusza na wymyśloną wyspę San Lorenzo, gdzie rządzi ,,Papa” Monzano, dyktator, który chce stworzyć utopię. Na wyspie John poznaje nową religię, czyli bokononizm, który głosi między innymi, że małe kłamstwa, nadają życiu sens. W dalszej części powieści uczestniczy w nieoczekiwanym splocie zdarzeń, związanych z wymknięciem się lodu-9 spod kontroli i jest świadkiem katastrofy.

Postać Felixa Hoenikkera była wzorowana na prawdziwych naukowcach: J. Robercie Oppenheimerze (który w rzeczywistości stworzył bombę atomową, ale w przeciwieństwie do Hoenikkera, czuł się załamany po zbombardowaniu Japonii) i Irvingu Langmuirze (beznamiętnym chemiku, laureacie Nagrody Nobla, który również pracował nad zasiewaniem kryształków lodu).

,,Kocia kołyska” łączy ze sobą politycal fiction, religię satyrę i fantastykę. Porusza ważny problem odpowiedzialności w tworzeniu wynalazków czy nowych techologii, a także drwi z utopii, z właściwą dla Vonneguta groteską, czarnym humorem i ironią.

Atutem narracji Vonneguta jest to, że prowadzi z czytelnikiem ciekawą rozmowę, prowadzącą do różnych wniosków i przemyśleń. Jak zwykle stawia pytania i jak zwykle nie ocenia. Dzięki temu trafia do czytelnika dużo bardziej niż poprzez moralizatorskie tony. Sprawom poważnym i trudnym towarzyszy humor, który tylko pozornie ma rozładować napięcie, w gruncie rzeczy potęgując absurd sytuacji.

,,Ku swojej wiecznej chwale i ku naszej wiecznej hańbie dzieci umierają, jak przystało na mężczyzn, umożliwiając nam w ten sposób męskie świętowanie patriotycznych uroczystości. Ale nie zmienia to faktu, że są zamordowanymi dziećmi. […] Możliwe, że obchodząc rocznice wojen powinniśmy rozbierać się do naga, malować się na niebiesko i przez cały dzień chodzić na czworakach, chrząkając jak świnie. Byłoby to na pewno właściwsze niż wzniosłe przemówienia i defilady sztandarów i dobrze naoliwionych armat”. (s. 195)

Vonnegut zmusza do refleksji, jaką rolę odgrywa narracja w tworzeniu sensu w świecie post-prawdy? Osobą, która przychodzi mi na myśl w kontekście podobieństw treści i formy jest Woody Allen, szczególnie jego ,,Bananowy czubek” czy ,,Purpurowa róża z Kairu”. To jest oczywiście bardzo luźne porównanie, ale zauważam różne analogie. Swoją drogą, ciekawe czy ci dwaj amerykańscy twórcy, mieszkający w tym samym czasie w Nowym Jorku, kiedykolwiek się spotkali? Co prawda, Vonnegut nie żyje od 18 lat, ale Allen, który obecnie liczy 90 i urodził się 13 lat po Vonnegucie, miał szansę poznać a może nawet zainspirować się jego stylem? Kto wie?

,,Od czterech tysięcy lat albo dłużej dorośli splatają zawiłe pętle ze sznurków przed nosem swoich dzieci. […] – Nic dziwnego, że dzieci wyrastają potem na wariatów. Kocia kołyska to tylko kilka iksów ze sznurka pomiędzy czyimiś palcami i dzieciak patrzy, i patrzy na te iksy… – I co? – I nic. Nie ma żadnego cholernego kota, żadnej cholernej kołyski”. (s. 129)

Fragmenty pochodzą z książki wydanej w 1994 – Wydawnictwo Da Capo, przełożył Lech Jączmyk.

Ernest Hemingway ,,Stary człowiek i morze”, Antoine de Saint-Exupery ,,Mały Książę”

,,Ludzie jadą pociągami w tłoku i ścisku, nie znając celu swojej podróży. Są jak pies, który chce złapać własny ogon – powiedział Mały Książę. I dodał: – To ich do niczego nie prowadzi…”

Wakacje wciąż jeszcze żywe we wspomnieniach, znacznie wygodniej rozgaszczają się w czasie przeszłym i przyszłym, coraz mniej rezonując z czasem teraźniejszym. Nieuchronny upływ czasu. Przełom sierpnia i września wzbudza pewien rodzaj nostalgii oraz skłania mnie do powrotów. Również tych literackich.

Dwie tak inne, a jednak podobne pozycje: ,,Mały Książę” i ,,Stary człowiek i morze”. Antoine de Saint-Exupery i Ernest Hemingway. Na marginesie, panowie osobiście spotkali się w walczącej Hiszpanii w marcu 1937 roku. Obie książki są niedużych rozmiarów, a jednak ważne i wielkie w przekazie. Mimo skromnej ilość stron, bogate w treści i znaczenia, które zostają z czytelnikiem długo po ich lekturze.

Po kilkukrotnym przeczytaniu obu, na przestrzeni ponad dwudziestu lat, wywołują we mnie nieustanny zachwyt. Prosto, szczerze i bezpretensjonalnie mówią o uczuciach, działaniach podyktowanych instynktem i płynących z potrzeby serca, o jasnych motywach, wynikających z poczucia godności, o szacunku do przyrody, o odpowiedzialności i ponoszeniu konsekwencji za swoje decyzje. W końcu, bez zbędnego patosu czy taniego romantyzowania, traktują o życiu i śmierci. Mimo tęsknoty i przeciwności losu, pokazują odwagę do podejmowania samotnych podróży, również, a może zwłaszcza tych w głąb samego siebie.

Santiago czwartej nocy od opuszczenia lądu, dopływa w końcu na brzeg. Wyczerpany, ledwo trzymający się na nogach, powoli i z przerwami zmierzający do swojego domu. Kogo widzę? Czy patrzę na niego z żalem i litością? Czy odnajduję człowieka przegranego, który po wyczerpującej walce na morzu, dociera zaledwie ze szkieletem po ogromnym marlinie?

Otóż nie. Widzę wyraźnie Santiago El Campeon w swoich najlepszych latach, w szynku w Casablance, który kładzie na rękę najsilniejszego człowieka w porcie. Widzę kogoś, kto wypłynął jako zgaszony starzec a powrócił jako mężczyzna, który na morzu odzyskał swoją godność. Nie słyszę już drwin lokalnej społeczności Hawany. Nie odnajduję upokarzającego współczucia. Nie słyszę zakazów kierowanych od rodziców do Manolina, aby nie płynął na pechowej łodzi. Nie widzę nic, co stary człowiek miałby udowadniać komuś innemu czy sobie. Rejestruję ciszę na morzu, kontemplację, skupienie, umiejętność bycia sam na sam z naturą, podporządkowanie się jej prawom, które bywają brutalne i trudno, bo takie jest życie. Widzę odwagę i gotowość do walki o swoje marzenia oraz akceptację tego, co mimo wysiłków nie pozwala osiągnąć zamierzonego celu. Zdeterminowanie i podjęcie trudnych decyzji. Droga do celu, która staję się osobną historią, zmienia punkt widzenia, otwiera na nowe horyzonty, pozwala spojrzeć na sprawy z szerszej perspektywy. Podróż, która jest metaforą powrotu do siebie.

A Mały Książę? Odważny, lojalny, wrażliwy, troskliwy, małomówny, zdeterminowany chłopiec. To w podróży odkrył wyjątkowość i niepowtarzalność swojej Róży, którą kochał. Dzięki podróży poznał Lisa, którego oswoił i pilota, z którym nawiązał więź. Wylądował na Ziemi i z tego miejsca się ewakuował. Na swoich zasadach, tak jak zaplanował. Na kartach obu książek padło tyle ważnych słów, tyle cennych lekcji. Dwie najważniejsze, spośród tych, do których nieustannie wracam i które ciągle odkrywam:

,, – Bądź zdrów – odparł Lis. – A oto moja tajemnica, jest bardzo prosta: Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest to, co niewidoczne dla oczu”.

,,Człowiek nie jest stworzony do klęski – powiedział. – Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać. Żal mi jednak, że zabiłem tę rybę – pomyślał. […] – Nie myśl, stary – powiedział na głos. – Płyń po kursie i przyjmij to, co przyjdzie”.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 10.09.2025 na Facebooku.

« Older posts