czyli między słowami a pikselami

Tag: recenzja (Page 3 of 3)

Katarzyna Sobczuk ,,Mała empiria”

,,Często siadałam przy biurku, żeby coś napisać, ale zwyciężała rzeczywistość plastyczna, która przynosi natychmiastową radość. […] Na okładce tej książki jest właśnie jeden z pomników, ten, w którym wymyśleni ludzie wchodzą do mojego laptopa. W tle innej instalacji słychać monolog Orlanda – narratora filmu A statek płynie: <Wybaczcie, to notatki, które zdążyłem zrobić dla jednej z moich gazet. O czym chcę opowiedzieć? O podróży morskiej? O podróży przez życie? Ależ o życiu się nie mówi, życie się tworzy. Banalne, prawda? Czy ktoś już tego nie powiedział, i to lepiej? Przecież wszystko zostało już powiedziane i zrobione>. Lubię marudny ton tego monologu i zawartą w nim elementarną wątpliwość”.

Odruchowo, wręcz mechanicznie, w ślad za innymi recenzjami, również tą umieszczoną na okładce przez wydawcę, mam chęć podsumować esej Katarzyny Sobczuk, jako traktujący o starości i starzeniu się. Ale ,,Mała empiria” to książka przede wszystkim o życiu i jego przeżywaniu. O tym, że jesteśmy osadzeni w czasie, który płynie i nie wraca. Jest to pięknie napisana próba uchwycenia wrażeń, emocji, odczuć w zwykłych czynnościach. Uważne pochylenie się nad codziennością i jej przemijaniem. Obrazy zastępowane kolejnymi krajobrazami, perspektywa, która niczym przez okno jadącego pociągu – ulega zmianom.

Nic nie jest tu jednak autorytarne i ostateczne. Ot, subiektywna prawda z punktu widzenia ,,ja”, z którym utożsamia się autorka. Zadziwiające, jak wiele innych ,,ja” identyfikuje się z jej wrażliwością i w jak wielu momentach książki z uśmiechem możemy przyznać, że też tak mamy. Czy porusza nas umiejętność uchwycenia zwykłych spraw, oglądania ich cudzymi oczami, które widzą tak samo jak nasze? A może mamy odmienny punkt widzenia podparty własnymi doświadczeniami, ale ciekawie zderzyć je w odniesieniu do innych empirii?

Podczas spotkania z autorką, w którym miałam przyjemność niedawno uczestniczyć, podzieliła się zachwytem na recenzją, którą zobaczyła na jednym z portali internetowych. Wśród ciepłych, miłych zdań, pojawiło się takie, na które szczególnie zwróciła uwagę, a mianowicie, że ,,autorka oferuje wgląd w istotę człowieczeństwa”. Naprawdę pięknie napisane. Zachwyt ten trwał jednak do chwili, gdy dowiedziała się, że recenzje na tej stronie są pisane przez sztuczną inteligencję.

W odniesieniu do powyższego, padło filozoficzne pytanie Katarzyny Sobczuk, z którym zostawiła słuchaczy: ,,Czy sztuczna inteligencja chciałaby być człowiekiem, gdyby przeczytała moją książkę?”. Wyraźnie usłyszałam powątpiewanie w głosie, ale może to tylko moje subiektywne odczucie.

Przede wszystkim chcę jednak podkreślić, że w tej książce starość jest tylko tłem, puntem odniesienia do tego, co wielu z nas myśli i czuje, ale może w codziennym pędzie nie zdążamy tych myśli złapać i zatrzymać, zapominamy. Lektura ,,Małej empirii” daje możliwość przypomnienia, zatrzymania się nad naszymi wrażeniami, ideami, pytaniami. To upragniona pauza od biegu, chwila na refleksję. Uważam, że książka jest dość elitarna i niszowa, ale jednak rezonuje z dużą grupą odbiorców i zyskuje coraz większe grono czytelników. Ku – mam wrażenie, szczeremu zaskoczeniu samej autorki, która stwierdziła, że w kontekście ostatnich wydarzeń, ma poczucie odrealnienia.

Co myślała o czytelniku podczas pisania? Czym chciała go chwycić? Odpowiedź jest rozbrajająco prosta, ale wierzę, że nie była to kokieteria: w ogóle nie myślała o czytelniku. Pisała notatki, które w pewnym momencie przelała na komputer. W dużym uproszeniu, można pokusić się o opinię, że za tak dobrym przyjęciem ,,Małej empirii” stoi (bagatela): autentyczność autorki i jej trafna obserwacja człowieka oraz erudycja i lekkość, z jaką pisze nawet o rzeczach trudnych.

Ot, mała wielka książka.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 21.03.2025 na Facebooku.

Kurt Vonnegut ,,Śniadanie mistrzów”

,,Pojadę tam zademonstrować im coś, czego nikt dotąd nie oglądał na żadnym festiwalu sztuki: przedstawiciela tej rzeszy artystów, którzy poświęcili całe życie na poszukiwanie prawdy i piękna, a znaleźli guzik z pętelką”.

Kilgore Trout, jeden z ulubionych bohaterów powieści Kurta Vonneguta, postanawia wzburzyć artystyczny światek i pojawić się na przekór wszystkiemu na festiwalu sztuki. Liczy na wprawienie w zakłopotanie wszystkich, spodziewających się w takim miejscu ludzi sukcesu, do których Trout się nie zalicza. Jego mecenasem i osobą, której zawdzięcza zaproszenie na festiwal (które nota bene w pierwszej chwili wziął za żart) jest bodaj jego jedyny wielbiciel Eliot Rosewater. Kilgore czuje się niedoceniony jako pisarz. Swoje sto siedemnaście powieści i dwa tysiące opowiadań publikuje dzięki kontraktowi z Biblioteką Klasyki Światowej w Los Angeles, wydającej stuprocentową pornografię.

Przekonany, że na radosne salony wniesie jedynie rozpacz i pustkę przeciw pożądanej wszem i wobec wesołkowatości, nawet nie podejrzewa, jak bardzo wpłynie na dalsze losy Dwayne’a Hoovera oraz… na swoje własne. Ponad wszelką wątpliwość nie spodziewa się również spotkania ze Stwórcą. Po wydarzeniach, które miały miejsce w Midland City, staje się pionierem w dziedzinie zdrowia psychicznego. W 1979 otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny.

Drugą postacią, wokół której zawiązuje się akcja powieści jest Dwayne Hoover, sprzedawca Pontiaków, fantastycznie bogaty facet, który mieszka w fikcyjnym mieście Midland City. Jego zachowanie zaczyna wzbudzać pewne podejrzenia wśród najbliższych osób. Spotyka Trouta jesienią 1972 na festiwalu sztuki, w swoim rodzinnym mieście. Hoover traci zmysły a definitywnie odchodzi od nich po przeczytaniu: ,,Teraz można to ujawnić”. Pod wpływem tej lektury jest przekonany, że jest jedynym człowiekiem na świecie, a wszyscy pozostali to maszyny.

Brak wrażliwości i uważności na drugiego człowieka w najbliższym otoczeniu, podany w sposób groteskowy i ironiczny, to nie jedyny problem, do którego, z właściwym sobie dowcipem, odwołuje się Vonnegut. Powieść dotyka również kwestii rasizmu, nierówności społecznych, niewolnictwa, niszczenia środowiska oraz patosu na temat Stanów Zjednoczonych i rzuca cień na obraz wyśnionego, amerykańskiego snu.

Kontrast między trudnymi tematami, poruszanymi przez Vonneguta w ,,Śniadaniu mistrzów” a lekką formą, w jaką te złożone zagadnienia ubiera, potęguje przekaz. Nasz wzrok podąża dokładnie w kierunku wskazanym przez autora. Czarny humor zmniejsza ciężar gatunkowy, który wynika z treści i wydobytych na światło dzienne faktów, zdarzeń czy historii. Zdaje się, że oglądamy rzeczywistość w krzywym zwierciadle, ale świadomość, że w sprawach fundamentalnych autor nie nagina faktów, tylko pokazuje rzeczy takimi jakie naprawdę są, nie napawa optymizmem. Taki śmiech przez łzy.

Vonnegut bez ogródek pisze o wadach swojego narodu: ,,My Amerykanie, wymagamy symboli barwnych, trójwymiarowych i soczystych. Ponad wszystko jednak pragniemy symboli nie zatrutych ciężkimi grzechami, jakie popełnił nasz naród, takimi jak niewolnictwo, ludobójstwo i zbrodnicza obojętność, oraz krzykliwą handlarską zachłannością i kombinacjami. […] Stary człowiek podniósł wzrok […]. I ujrzał w mojej dłoni jabłko”. A zatem małe światełko w tunelu, promyk nadziei.

Pierwsze wydanie ,,Śniadania mistrzów, czyli żegnaj czarny poniedziałku” ukazało się nakładem Delacorte Press (Nowy Jork) w roku 1973. Specyficzna, charakterystyczna narracja i język bezbłędnie trafiają w moje gusta. Vonnegut zmarł, zanim Apple wypuścił swój pierwszy iPhone, odchodząc jako pisarz epoki, która bezpowrotnie minęła. Mimo upływu czasu i kolejnych generacji (pokoleń i telefonów), pewne problemy amerykańskiego społeczeństwa nie tracą na aktualności i, o ironio, nie chcą trafić do lamusa.

Chciałoby się, aby ktoś w równie trafny, bezpardonowy i zmuszający do refleksji sposób wydobył do wierzchu to, co trawi współczesną Amerykę. I nie tylko ją…

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 14.03.2025 na Facebooku.

Olga Tokarczuk ,,Empuzjon”

,, – W każdym z nas tkwi poczucie niepełnowartościowości, przekonanie, że czegoś nam brakuje, a wszyscy inni to mają. Przez całe życie musimy się z tym poczuciem niższości układać, przezwyciężać je albo zaprzęgać do wozu naszych ambicji i niszczącego dążenia do doskonałości. A co jest doskonałością, czy ktoś wie?”.

Książka ,,Empuzjon”, wydana w 2022 r., jest pierwszą powieścią napisaną po otrzymaniu przez Olgę Tokarczuk nagrody Nobla. Po jej lekturze z żywym zainteresowaniem zapoznałam się z licznymi recenzjami i opiniami czytelników. Niezależnie od ogólnej oceny, uwagę zwracało, że wszyscy doceniali piękny język, erudycję autorki i klimatyczną narrację, która wciąga czytelnika w na wpół realny, na wpół magiczny świat, w którym przyroda gra jedną z głównych ról.

Język jest tu bezapelacyjnie największym atutem, ale nie jedynym. Baśniowa, momentami mroczna opowieść, w której oniryzm łączy się z jawą, a granica między prawdą a fikcją mocno się rozmywa. Akcja rozwija się stopniowo i niespiesznie. Rozległe opisy i przytaczane historie mogą urzec lub nie, ale znajdują uzasadnienie w dalszej części powieści. Autorka przenosi nas do uzdrowiska Görbersdorf (dzisiejsze Sokołowsko na Dolnym Śląsku), gdzie leczy się choroby ,,piersiowe i gardlane”.

Początkowo jest spokojnie, ale niewinna atmosfera zostaje zakłócona przez nagłą śmierć Pani Opitz, żony właściciela uzdrowiska – Wilhelma. Pojawia się podejrzenie morderstwa a na jaw wychodzą skrywane sekrety i przerażające historie, które dzieją się nieopodal pensjonatu.

Głównym bohaterem jest Mieczysław Wojnicz, student ze Lwowa, który przyjeżdża do sanatorium w nadziei na wyleczenie gruźlicy. Skryty, tajemniczy i trzymający się nieco na uboczu, poznaje innych kuracjuszy. Panowie racząc się nalewką Schwärmerei, oddają się licznym debatom zarówno na tematy polityczne jak i społeczne oraz rozważają czy dojdzie do wybuchu wojny (akcja powieści dzieje się we wrześniu 1913 r.). Na pierwszy plan wysuwają się mizoginistyczne przekonania na temat kobiet. Olga Tokarczuk parafrazuje teksty znanych myślicieli, artystów, pisarzy i wkłada je w usta swoich bohaterów. Świadomość, że Ci ,,wielcy i mądrzy” mieli tak szowinistyczne poglądy, wywołuje w równym stopniu zaskoczenie co rozczarowanie i niesmak.

Ale wróćmy do głównej postaci. W pewnym momencie, Wojnicz znajduje się w wielkim niebezpieczeństwie. Wątek tego bohatera rozwija się, akcja przyspiesza i przyjmuje nieoczekiwany obrót. Szczególnie w pamięć zapada arcyważna rozmowa z doktorem Semperweiß, która zaskakuje i wywołuje dyskusję o wizję świata idealnego, obowiązujące reguły i dogmaty oraz punkt widzenia rzeczywistości. Autorka zmusza do refleksji i ponownej weryfikacji tego, co wydaje się normalne, oczywiste, zwyczajne. Jak bardzo byśmy tego nie wypierali, zostawia nas w poczuciu, że świat nie jest taki prosty jak się na pierwszy rzut oka wydaje i nie powinien zostać spłycany do podziału tylko na czarne i na białe.

Moja osobista, smutna refleksja – ten kto przeczyta – zrozumie, ten kto powinien zrozumieć – nie przeczyta.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 06.03.2025 na Facebooku.

Kurt Vonnegut ,,Rzeźnia numer pięć”

,, – Czy to jest książka antywojenna? – Tak – odpowiedziałem. – Chyba tak. – Czy wiesz, co mówię facetom, którzy piszą książki przeciwko wojnie? – Nie. Ciekawe, co im mówisz. – Mówię: Dlaczego nie piszesz książek przeciwko lodowcom?

Chodziło mu oczywiście o to, że wojny będą zawsze i że z równym powodzeniem można próbować powstrzymywać lodowce. Ja również jestem tego zdania”.

Wojen nie da się powstrzymać i Kurt Vonnegut, pisząc swoją piątą powieść, pt. ,,Rzeźnia numer pięć”, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. To przekonanie, nie było jednak przesłanką do milczenia o tym, co okrutne choć nieuniknione. Przeciwnie – stanowiło główną przyczynę do napisania jednego z najważniejszych i najbardziej oryginalnych dzieł literatury XX wieku. Autor planował, że powieść o bombardowaniu Drezna, będzie jego pierwszą książką, ale tak się jednak nie stało. Pierwsze wydanie ,,Rzeźni…” pojawiło się 31 marca 1969 roku.

Pacyfistyczna książka Vonneguta, amerykańskiego pisarza i publicysty, tworzącego literaturę postmodernistyczną i science fiction, jest osobistym zapisem jego doświadczeń z czasów drugiej wojny światowej. Autor jest świadkiem i uczestnikiem bombardowania przez wojska alianckie Drezna z 13 na 14 lutego 1945, w czasie którego, podobnie jak pozostali amerykańscy jeńcy, znajdował się w tytułowej rzeźni numer pięć. ,,Chłodnia stanowiła doskonały schron. Jedynie od czasu do czasu sypało się wapno z sufitu. W schronie byli tylko Amerykanie [100 osób – przyp. niecodziennik], czterech strażników i kilka wypatroszonych tusz zwierzęcych. Pozostali strażnicy udali się przed nalotem w zacisze swoim domów w Dreźnie. Zginęli wszyscy razem z rodzinami”.

Książka Vonneguta to nie tylko gorzkie spostrzeżenia na temat kataklizmu, który przeszedł przez Drezno, dotknięte wojną praktycznie w przededniu jej końca. To zapis wspomnień, wrażeń i emocji, które odcisnęły trwałe piętno na psychice uczestników wojny. Vonnegut, poza retrospekcją, osobistym komentarzem i wątkami autobiograficznymi, koncentruje uwagę czytelnika na postaci jednego z tych, którzy przeżyli – Billy’ego Pilgrima.

Billy Pilgrim staje się łącznikiem między dokumentem, fikcją a fantastyką. Pilgrim wydaje się pogodzony z doświadczeniem wojny, żyje wraz z rodziną w swoim spokojnym, poukładanym świecie, jednak pewne zdarzenie doprowadza do otwarcia drzwi, które zdawały się zamknięte. Ba, nie tylko jednych drzwi. ,,Najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyłem się na Tralfamadorii, było to, że śmierć jest tylko złudzeniem. Człowiek żyje nadal w przeszłości, tak więc głupotą jest płakać na pogrzebie. Wszystkie chwile, przeszłe, obecne i przyszłe zawsze istniały i zawsze będą istnieć”. Billy żyje w kilku wymiarach jednocześnie i tak naprawdę nigdzie nie ma go do końca. Regularnie ,,wypada z czasu”. Raz jest w 1955, innym razem w 1941, wraca do 1963, by przenieść się do 1945 i tak cały czas. Podobieństwa do ostatnio przeczytanego Twardocha i jego Erwina Piontka? – ależ naturalnie. Skojarzenie, słowo, obraz potrafią w jednej chwili przenieść Billy’ego do innego miejsca, czasu i akcji. Wariactwo? Eskapizm? Trauma? Wyparcie? Apatia? A może wszystko, wszędzie i naraz? Swoją drogą mam pewne skojarzenia właśnie do filmu ,,Wszystko wszędzie naraz” z 2022 r., ale o tym może kiedy indziej.

,,Rzeźnia…” jest napisana w doskonałym stylu. Czarny humor wyostrza to, co autor zawiesza w powietrzu. Czytelnik wchodzi w grę, gdzie najbrutalniejsza śmierć zwyczajnie i bez zbędnego patosu komentowana jest beznamiętnym: ,,Zdarza się”, jak mówią Tralfamadorczycy. Przez całą książkę nawet raz nie zwilgotniały mi oczy, mimo że czuć jej ciężar i duży ładunek emocjonalny. Czyta się ją bardzo dobrze, ale niepokój, który wywołuje, pozostaje pod skórą jeszcze długo po jej skończeniu. To nie jest powieść monumentalna. Przeczytałam wydanie w formacie 11×18 cm, w sumie 179 stron. Pozorna lekkość formy, krótkie akapity, mała objętość książki nie przesłania tego, co autor chciał powiedzieć o wojnie, a w zasadzie o jej bezsensowności. ,,[Książka] jest taka cienka, rozwichrzona i bełkotliwa, […], bo trudno jest powiedzieć coś mądrego na temat masakry”. A jednak powiedzieć coś mądrego można, a nawet trzeba i ta powieść jest tego najlepszym przykładem.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 13.02.2025 na Facebooku.

Szczepan Twardoch ,,Powiedzmy, że Piontek”

,,To nie jest aż takie trudne, żeby nie pamiętać o tym, o czym nie chce się pamiętać. Upycha się tę pamięć niechcianą w jakiś głęboki kąt i ona tam jest, ale głęboko”.

Przeczytałam, odłożyłam, zamyśliłam się i w pierwszej chwili stwierdziłam: ,,ale pomieszanie z poplątaniem”. Mało konkretnie? Spieszę więc dodać, że moje ogólne wrażenie po przeczytaniu tej książki jest pozytywne. To nadal niewiele wyjaśnia…

No dobrze, muszę nadmienić, że nie sposób nie docenić zręcznej żonglerki czasem i przestrzenią w kontekście Erwina Piontka, bohatera/ów? powieści Szczepana Twardocha. Do rzeczy. Powiedzmy, że do rzeczy.

,,Powiedzmy, że Piontek” jest książką z gatunku tych, które wymykają się z rąk, gdy próbujemy upchnąć je do jednej, konkretnej szuflady. Ale też mówiąc szczerze, nie jest to okoliczność ułatwiająca jej opisanie czy zrecenzowanie. Sięgając po nią, spotkałam się z bardzo różnymi opiniami – od zachwytu nad literackimi umiejętnościami autora po rozczarowanie z powodu połączenia trzech niezłych, ale nie klejących się ze sobą opowiadań, które na przekór wszystkiemu złożono w jedną całość. W zależności więc od prywatnych upodobań, jako wady bądź zalety wymieniane są na jednym oddechu: przeskakiwanie z wątku na wątek, z historii na historię, z miejsca na miejsce. Osobiście zaintrygowała mnie zabawa formą, szczególnie wtedy, gdy autor wszedł w ożywioną, całkiem zabawną dyskusję ze swoim głównym bohaterem. Piontek dostaje głos, z którego bardzo chętnie korzysta, pisząc swoją opowieść i przekonując, że rolą autora w istocie jest tylko techniczne jej odtworzenie, bez wtrącania i ingerowania w historię bohatera. Taka ciekawa autorefleksja nad rolą pisarza w procesie tworzenia.

Całość przypomina szkło rozbite na 3 kawałki, przez które spoglądamy na tą samą a jednak inną postać. Erwin Piontek raz jest 73-letnim emerytowanym górnikiem, za chwilę marynarzem opływającym Ziemię po Zalewie Rybnickim, wywołującym niemałe poruszenie w prasie, telewizji i mediach społecznościowych, by w niedługim czasie przenieść czytelnika do roku 1905 do Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej i armii kolonialnej Cesarstwa Niemieckiego, w której służy. Następnie z przeszłości trafia do przyszłości, w której zostaje obsadzony w roli sobowtóra pewnego dyktatora. ,,Powiedzmy więc, że Erwin Piontek jest takim samym człowiekiem, ale świat, jaki dlań istnieje, istnieje inaczej, bo Erwin Piontek istnieje inaczej”. Wydarzenia i poszczególne wcielenia tak dalece ze sobą nie korespondują, że przez większość książki spodziewałam się zwrotu ,,i wtedy się obudził”. A czy się obudził? I czy w ogóle spał? Tu już odsyłam do lektury.

Ktoś o książce Twardocha powie: świeża, twórcza, ciekawa, nieoczywista. Ktoś inny stwierdzi: zawiła, przekombinowana, chaotyczna. I chociaż trudno włożyć ją w jakieś sztywne ramy, to gdybym miała podsumować ją jednym słowem, powiedziałabym: dziwna. Powiedzmy, że dziwna.

Biorąc pod uwagę fakt, że Twardoch jest z wykształcenia socjologiem, wcale nie zaskoczyłoby mnie, gdyby stanowiła ona całkiem przemyślany eksperyment społeczny. Może ma wywoływać skrajne emocje, wyrwać nas z wygodnych butów przewidywalności i utartych schematów? Być może ta forma nie trafi do wszystkich, ale jeśli lubisz Czytelniku książki ,,dziwne” w pozytywnym tego słowa znaczeniu, to szczerze polecam Ci tę pozycję.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 27.01.2025 na Facebooku.

Milan Kundera ,,Nieznośna lekkość bytu”

,,To wielka ulga zrozumieć, że jest się wolnym, że nie ma się żadnego powołania”.

Do tego, aby napisać kilka zdań o ostatnio przeczytanej książce, zabierałam się z mozołem i głową pełną wątpliwości. Czy w krótkim opisie właściwie oddam odczucia i wrażenia, które jeszcze nie ostygły po jej lekturze? Chciałabym możliwie najbardziej rzetelnie i konkretnie, ale jak, skoro emocje ciągle świeże i wywołujące milion pytań? Ale to właśnie te pytania zmotywowały mnie i przekonały, że ta książka zasługuje na uznanie, komentarz, wzmiankę czy choćby wspomnienie, które być może zachęci innych do jej przeczytania.

,,Nieznośna lekkość bytu” Milana Kundery to klasyka i arcydzieło literatury światowej z gatunku powieść, powiastka filozoficzna. Wydarzenia opisywane w książce są osadzone w Czechosłowacji 1968 roku z całym ówczesnym komunistycznym kolorytem, konsekwencjami politycznych decyzji, które odcisnęły swój znak na kraju i na osobistych losach jego mieszkańców. Kontekst historyczny stanowi jednak tylko tło dla głównych wątków powieści, takich jak rola przypadku w naszym życiu prywatnym czy zawodowym. Autor przywołuje ideę wiecznego powrotu Nietschego, przekonując, że ,,życie, które znika raz na zawsze i już nigdy nie wróci, podobne jest do cienia, nie ma żadnego ciężaru, jest martwe już w momencie narodzenia i jeśli nawet było piękne, straszne, wzniosłe, to jego piękno, rozpacz i wzniosłość nie mają żadnego znaczenia”.

Głównymi bohaterami są Tomasz i Teresa, wokół których kręcą się pozornie chaotycznie rozrzucone wątki. Postać Tomasza narodziła się z niemieckiego przysłowia ,,Einmal ist keinmal”, czyli to co zdarza się raz, jakby nie zdarzyło się nigdy. ,,Jeśli człowiek ma prawo tylko do jednego życia, to jakby nie żył w ogóle”. Czy należy jednoznacznie przyjąć, że książka stanowi pochwałę nihilizmu? Moim zdaniem nie do końca. Na przekór przypadkowości, która gra tu ważną rolę, bohaterowie jednak kreują swoje losy, w bardziej lub mniej udany sposób szukając i gubiąc drogę do szczęścia.

Kundera stawia przed nami ważne pytania:

Czy możemy potępić działania i ferować wyroki wobec faktu, że musimy podjąć decyzję bez możliwości próby i sprawdzenia innego wariantu?

Czy to, że działania przemijają, stanowi okoliczność łagodzącą dla wszystkich, które zostały podjęte?

Czy brak brzemienia, problemów, który daje człowiekowi uczucie lekkości pozbawia jego życie sensu?

Czy potrzebujemy dramatów, aby czuć się szczęśliwi? A może szczęście jest pragnieniem powtarzalności i przewidywalności?

Czy świadomość przemijalności życia stanowi dla nas lekkość czy ciężar bytu?

Kundera nie sili się na udzielenie jednej słusznej odpowiedzi. Nie przybiera tonu moralizatora, sędziego, który ogłosi wyrok i rozstrzygnie wynik sporu. I to chyba ta wieloznaczność, wielowątkowość, złożoność, w połączeniu z doskonałym piórem, decyduje o jej wielkości i ponadczasowości.

Dla mnie bardzo ważna książka.

Ten tekst został pierwotnie opublikowany 19.01.2025 na Facebooku.

Newer posts »